Zbliżenia
Tytuł mógłby sugerować zbliżenia trzeciego stopnia. Nic bardziej błędnego, chodzi o bardziej przyziemne sprawy, a konkretnie o rynek kart kredytowych. Jego bogactwo sprawiło, że bez specjalnego echa przeszło wprowadzenie przez niektóre banki oferty kart zbliżeniowych. Prekursorem na tym rynku był BZ WBK, który dwa lata temu wprowadził kartę zbliżeniową do swojej oferty. Jest to więc stosunkowo świeży produkt na rynku kart kredytowych.
Karty zbliżeniowe są to bezstykowe karty, za pomocą których dokonuje się transakcji bezgotówkowych nie wprowadzając ich nawet do czytników w punktach handlowo-usługowych. Karty takie posiadają wmontowana niewielką antenkę i wystarczy tylko zbliżyć ją do czytnika, aby sfinalizować transakcję. Nie oddajemy więc takiej karty do rąk sprzedawcy, nie musimy "wklepywać" pin-u, ani czekać na autoryzację oraz wydruk paragonu z terminala. Przeznaczone są do zawierania małych transakcji bezgotówkowych nie przekraczających 50 złotych. Polskie banki wydały już ponad 240 tysięcy takich kart.
W związku z tym, że nie wszystkie sklepy dysponują terminalami obsługującymi takie karty, realizować takie transakcje możemy tylko w wybranych punktach - stwierdził doradca branży kredytowej. I to jest właśnie wadą karty zbliżeniowej. Prawdopodobnie w mniejszych miejscowościach taki placówek po prostu nie ma. Wadą jest też niska maksymalna kwota zakupów. Z kolei zaletą prostota dokonywania takich transakcji i aby taką kartę otrzymać nie trzeba mieć w banku rachunku. Aktualnie karty zbliżeniowe wydają cztery banki: Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski, Alior Bank oraz mBank. Najlepiej karty zbliżeniowe sprawdzają się w punktach małej gastronomii oraz kioskach. Wszystko wskazuje na to, że już niedługo takimi kartami będzie można płacić w taksówkach! Byłoby to duże ułatwienie dla pasażerów, ale chyba nie dla taksówkarzy, którzy często "nie mają" wydać reszty:)
Upominek z kartą w tle
Mimo zapowiedzi banków o bardziej restrykcyjnych formach rozprowadzania kart kredytowych, rynek kart kredytowych ma się coraz lepiej. Kart kredytowych stale nam przybywa, a pomysły na wprowadzenie do obiegu nowych rodzajów kart kredytowych są czasami doprawdy zaskakujące. Najlepszym tego przykładem jest przedświąteczny hit kredytowy - karta pod choinkę. Okazało się, że w wielu przypadkach był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę!
- To prawda, pomysł się przyjął, ponieważ taki prezent jest bardzo praktyczny. Obdarowany takim prezentem sam może sobie wybrać upominek, który sprawi mu najwięcej radości. Sama otrzymałam w prezencie taką kartę upominkową i jestem z niej bardzo zadowolona - zachwala ten pomysł jedna z obdarowanych pań.
Okazuje się, że nie był to jedynie świąteczny pomysł na dobry prezent, bowiem takie karty upominkowe rozprowadzane są nadal. Trzeba wiedzieć, że upominkowe karty kredytowe działają na nieco innych zasadach. Nie są to typowe karty kredytowe, ale mają właściwości kart przedpłaconych. Kartę taką można załadować do odpowiedniej kwoty i niekoniecznie kwota ta ma być wykorzystana jednorazowo. Jest aktywowana na rok, natomiast saldo obdarowany taką kartą można sprawdzać albo przez internet, albo bezpośrednio w kasie sklepu. W karty takie możemy się zaopatrzyć w sklepach, które prowadzą taka usługę. Jest to nowa forma obdarowywania swoich bliskich i najmniej kłopotliwa, ponieważ nie musimy się martwić jaki prezent ukochanej osobie kupić i co najważniejsze czy się jej spodoba. Pamiętać jednak należy, że podobnie jak w przypadku normalnych kart kredytowych rozprowadzanych przez banki, również sklepy mają różne oferty. Dlatego najlepiej przed dokonaniem wyboru sprawdzić oferty kilku sklepów. Niestety ten system wydawania kart nie jest to jeszcze dość rozpowszechniony i dlatego niewiele jest jeszcze sklepów proponujących taką usługę. Nie istnieje też jeszcze ranking upominkowych kart kredytowych, dlatego sami musimy dokonać wyboru.
Oszuści
Powszechna opinia, że o firmach ubezpieczeniowych najczęściej mówi się źle, albo nie mówi się wcale wydaje się mieć pokrycie w faktach. Zresztą trudno się temu dziwić, bowiem najczęściej klienci tych firm nie mają zbyt dobrych doświadczeń w kontaktach z nimi. Tymczasem rynek ubezpieczeń jest jednym z najbardziej chłonnych rynków finansowych, bogaty w przeróżnego rodzaju oferty ubezpieczeniowe. Jednocześnie jest to sektor, który jako jeden z nielicznych oparł się kryzysowi. Oferta tego rynku jest imponująca i naprawdę jest w czym wybierać. Ubezpieczenia komunikacyjne, zdrowotne, turystyczne, polisy OC, AC, na życie, inwestycyjne itd., itp. Uzupełniając ten rynek dodajmy przeróżne taryfikatory, różne stawki, nieprecyzyjne zapisy oraz starające się nagiąć przepisy do swoich interesów firmy ubezpieczeniowe.
Jednakże to nie tylko rynek ubezpieczeń, nie tylko firmy ubezpieczeniowe oraz agenci czy pośrednicy są "be". Przedstawienie rynku ubezpieczeń w zbyt krzywym zwierciadle byłoby też zbyt wielkim uproszczeniem. Nie lepsi jesteśmy także my, klienci tych firm. Oczywiście nie wszyscy, tak jak nie wszystkie firmy stawiają na nieuczciwość. Coraz częściej jednak pojawiają się sygnały o oszustach ubezpieczeniowych. O zwykłych przestępcach ubezpieczeniowych wyłudzających od zakładów ubezpieczeń gigantyczne kwoty. Ostatnio wyliczono, że nasi sprytni rodacy wyłudzają rocznie od firm ubezpieczeniowych około 7,5 miliarda złotych. Kiedyś najbardziej intratnym procederem były oszustwa majątkowe, obecnie ubezpieczeniowi oszuści masowo przerzucają się z polis majątkowych na polisy ubezpieczeń na życie. Tam widzą bardziej intratny interes. W ubiegłym roku podobnych oszustw odnotowano około 3000. Najczęstszym "numerem" oszustów jest przedstawienie firmie ubezpieczeniowej fałszywego aktu zgonu. Jedno z małżeństw usiłowało oszukać w ten sposób kilka firm ubezpieczeniowych na łączną kwotę ponad 10 milionów złotych. Nie przyszło im do głów, że firmy ubezpieczeniowe też mają swoje sposoby, aby takie informacje sprawdzić. W Stanach duże korporacje ubezpieczeniowe zatrudniają specjalnie przeszkolonych do wykrywania podobnych przestępstw agentów. W Polsce ochrona taka dopiero raczkuje, dlatego wykrywalność tego rodzaju przestępstw też jest znikoma. Specjaliści twierdzą, że na 200 podobnych spraw wykrywana jest tylko jedna. Chyba, że okraść chce swojego pracodawcę pracownik firmy ubezpieczeniowej, wtedy wykrywalność rośnie do prawie 100 procent...
Market czy osiedlowy?
"Dlaczego blondynka czołga się po hipermarkecie? - Ponieważ szuka niskich cen". Typowy żart o blondynkach i niekoniecznie oddający atmosferę cenową w hipermarketach. Niskie ceny rzeczywiście są w hipermarketach niemal na porządku dziennym i niekoniecznie trzeba się czołgać, aby je dostrzec. Co chwila przy kolejnym produkcie pojawia się napis "promocja" i cena, o której na przykład w osiedlowych rodzinnych sklepikach szukać by można ze świecą. Jest tylko jeden mały szkopuł. Niska cena nie oznacza, że towar jest wysokiej jakości. Niemal codzienny obrazek w dużych marketach, to kłębiący się tłum przy stoiskach sprzedających "po promocyjnych cenach": grilowane kurczaki, schab pakowany w foliowe worki /rozmiaru XXXL/, mrożone ryby itd.
- To prawda, sama dałam się nabrać na bardzo tanie mrożone dorsze - niestety po rozmrożeniu nadawały się tylko do wyrzucenia, a ludzie brali je kilogramami. Przed świętami sprzedawano w naszym hipermarkecie kurczaki z grilla po 5 złotych za sztukę, ludzie kupowali nawet po 10 sztuk... Ciekawa jestem czy nadawały się do zjedzenia. Tak samo było ze schabem. Promocje promocjami, ale kto sprzedaje schab bez kości po 9 złotych za kilogram? – napisała do mnie Pani Krystyna. Sprzedaje. Jak jest przeterminowany i sklep chciał się tego towaru jak najszybciej pozbyć. Nie twierdzę, że takie praktyki stosują wszystkie hipermarkety, ale jest to teza powszechnie znana i bardzo prawdopodobna. Potwierdziła to zresztą moja znajoma, która kiedyś pracowała w jednym z takich hipermarketów. Ludzie, nawet nie zdajecie sobie sprawy co Ci z „marketów” są w stanie upchnąć w Wasze brzuchy! Może warto jednak kupować w małym sklepiku osiedlowym, w którym zawsze są świeże produkty...? Aczkolwiek co do ich pochodzenia pewności nie mam, ale wędlina przynajmniej pachnie i poleży ze 3 dniJ Wychodzę jednak z założenia, że małe sklepy osiedlowe mają tę przewagę nad dużymi marketami, że ich właściciele nie mogą sobie pozwolić na tandetę i traktowanie klientów jak intruzów. Nie mogą sobie pozwolić na sprzedaż przeterminowanego nieświeżego produktu, bo drugi raz klient do takiego sklepu już nie przyjdzie. Fakt, że ceny w takich sklepikach są wyższe niż w hipermarketach, ale nie aż tak bardzo. Poza tym jak uczy życie nie zawsze tanie jest dobre.
Niekoniecznie złota jesień
Komisja Europejska w swoim raporcie stwierdziła, że polscy emeryci należą do jednych z najlepiej uposażonych i że tak dobrze nie mają nawet niemieccy i angielscy emeryci. Trudno się w takiej sytuacji dziwić, że czytając takie bzdury polskich emerytów po prostu szlag trafia - każdego zresztą by trafił. Jakimi kryteriami się kierowali w swej ocenie brukselscy urzędnicy nikt chyba do końca nie wie, ale skoro dla nich świadczenia rzędu 500 - 600 złotych to najwyższe stawki europejskie, to jakie mają emeryci u naszych zachodnich sąsiadów czy też na wyspach? Tylko, że "dojczlandemeryci" oraz „emeryci-wyspiarze” wypoczywają w drogich kurortach niemal na całym świecie, a polski emeryt nie wiąże końca z końcem.
W latach peerelu jedynym "słusznym" funduszem emerytalnym był Zakład Ubezpieczeń Społecznych, który obiecywał emerytom złotą jesień ich życia. Tymczasem z tego zusowskiego hasła pozostała tylko jesień - złoto gdzieś po drodze peerelowskiej egzystencji wyparowało. Wraz z nim ulotniły się gdzieś pieniądze, które przez całe swoje życie dzisiejsi emeryci w ZUSie odkładali.
- Właśnie, gdzieś te nasze pieniądze wyparowały i teraz nie tylko otrzymujemy głodowe racje emerytalne, ale twierdzi się wręcz, że zdrowe pracujące społeczeństwo musi łożyć na emerytów-nierobów – podobne opinie pojawiają się często w mediach. Dlaczego zabieram głos w tej sprawie? Ponieważ nie mogę już dłużej słuchać idiotycznych opinii na ten temat. Mogę śmiać się z komisarzy brukselskich oraz ich idiotyzmów, które wysmarowali w raporcie o nas, ale nie do śmiechu mi jest, kiedy, śmiem twierdzić, wszystkim emerytom brakuje na opłacenie rachunków, lekarzy oraz zakup podstawowych leków. Powiem tak, obecne świadczenia emerytalne są za małe, aby godnie żyć, ale za duże też, aby z godnością umrzeć. Są to gorzkie słowa, ale prawdziwe. Kolejne rządy nie zrobiły nic, aby usprawnić od lat wadliwie funkcjonujący system emerytalny. Jeżeli nawet się już zabierały za majstrowanie przy nim, to najczęściej jeszcze bardziej go psuły. Rząd premiera Tuska również próbuje manipulować przy tym systemie. Z jakiem skutkiem? Przekonają się o tym przyszli emeryci, czyli WY.
Z kredytu powstałeś i w kredyt się obrócisz…
O tym, że świat na kredytach stoi wiemy od dawna. Często powtarzamy ten fakt, bo to "najprawdziwsza prawda" i bez kredytu ani rusz. Kiedy człowiek się rodzi rodzice malucha biorą kredyt na wyprawkę i chrzciny, no i na imprezę dla sąsiadów. Kiedy zaczyna dorastać kredytują wyprawki szkolne, wakacje, kolonie. Kiedy człowiek jest już dorosły i sam zaczyna decydować o swoim życiu, bierze na kredyt wszelkie dobra, na które nie ma gotówki: sprzęt agd, rtv, samochód, mieszkanie itd. No i kiedy schodzi z tego świata rodzina stara się o kredyt na godny pochówek i stypę, bowiem zasiłek przeznaczony na ten cel nie zawsze wystarcza…
Można więc powiedzieć, że z kredytu powstałeś i w kredyt się obrócisz... Poważnie jednak mówiąc, rzeczywiście trudno sobie wyobrazić normalne funkcjonowanie w naszym nienormalnym świecie bez kredytów. I to nawet już nie chodzi o luksusy, ale o przedmioty codziennego użytku. Najważniejsze jest oczywiście mieszkanie, a tylko nielicznych stać na kupno własnych czterech ścian bez wsparcia kredytowego. Dlatego składamy wnioski o kredyty mieszkaniowe z nadzieją, że taki kredyt otrzymamy. Jeszcze do niedawna nie był to problem i na kredyt mieszkaniowy mógł liczyć każdy, kto tylko taki wniosek złożył. Teraz nie jest już tak łatwo. Banki ponoć sparzyły się na niektórych, nie do końca uczciwych kredytobiorcach i teraz już wolą dmuchać na zimne… Podobna sytuacja jest ze zwykłymi kredytami konsumpcyjnymi. Jeszcze 2-3 lata temu o kredyt bez jakichkolwiek zaświadczeń było bardzo łatwo. Wystarczył tylko dowód osobisty i zaświadczenie o dochodach, a gdy kredytobiorca miał rachunek w tym samym banku w jakim złożył wniosek o kredyt, nawet takie zaświadczenie nie było potrzebne. Również kredyty bez BIK były na porządku dziennym, a banki naprawdę bardzo rzadko zasięgały opinii o historii kredytowej swoich klientów w Biurze Informacji Kredytowej. Tymczasem trzeba przyznać, że BIK jest niezłym batem na niezdyscyplinowanego kredytobiorcę, bowiem wystarczą tylko drobne nieprawidłowości w spłacie zadłużenia i może się on pożegnać z kredytem.
- Proszę nie łudzić się, że banki proponując swoim klientom kredyty bez BIK nie sprawdzają ich! Oczywiście nie wszystkich, ale sprawdzają i o tym możemy być pewni. Teraz są szczególnie uczuleni na tak zwane „złe kredyty”, czyli spłacane nieregularnie lub nie spłacane w ogóle. Jeżeli ktoś miał, czy też ma jakieś poślizgi terminowe w spłacie jakiegoś kredytu, może raczej zapomnieć o nowym kredycie. Jednak banków jest wiele, a propozycji kredytowych jeszcze więcej. Dlatego warto przejrzeć dokładnie oferty co najmniej kilku banków, dokonać analizy, dotrzeć do szczegółów, a z pewnością każdy coś dla siebie znajdzie.
Nie za wszelką cenę…
... a gdzie w tym szaleństwie restrykcyjno-podatkowym jest zwykły obywatel? O tym, że z Polaka da się wycisnąć ostatnie pieniądze, jak z przysłowiowej cytryny, wiedzą od dawna wszyscy nasi rodacy. Ale są pewne sytuacje, które przechodzą już wszelkie granice rozsądku!
Najlepszym dowodem na to, że w naszym pięknym kraju nad Wisłą, a w zasadzie mieście stołecznym nad Wisłą, uczciwość nie jest najlepiej widzianym towarem - jeżeli można tę sytuację tak nazwać. Niby problem prozaiczny, ale niestety nazbyt często obserwowany nie tylko w Warszawie - wyłudzanie pieniędzy od obywateli, którzy już i tak robią bokami, gimnastykując się każdego dnia, jak utrzymać swoje rodziny. Warszawa, stolica, centrum biznesu, dużych pieniędzy, ale i normalnych zwykłych ludzi, którzy nie radzą sobie z wiązaniem przysłowiowego końca z końcem. To także centrum akademickie, w którym uczy się i egzystuje wielotysięczna brać żakowska, najczęściej nie narzekająca na nadmiar gotówki. Ale taką społeczność najprościej i najłatwiej wykorzystać i zabrać ostatni żakowski grosz. Najlepszym przykładem tego niech będzie przygoda z warszawskimi "kanarami" jednej ze studentek SGGW, której uczciwość została zszargana przez nadgorliwego kontrolera ZTM.
A oto krótka historia:
”29 grudnia 2009 roku o 16,37 po zrobieniu zakupów w ostatniej chwili wsiadłam na Rakowcu do autobusu miejskiego linii 504. W związku z tym, iż miałam wiele toreb z zakupami nie mogłam wyjąć biletu przed wejściem do autobusu, dopiero gdy położyłam je na siedzeniu wyjęłam z torebki bilet do skasowania. Nie zdążyłam jednak tego zrobić, ponieważ już dosłownie po kilku sekundach kasowniki zostały zablokowane. Na nic zdały się moje, jak i siedmiorga pozostałych pasażerów, tłumaczenia, że mam bilet (który zresztą miałam w ręku), a tylko nie dano mi go skasować. Nie można wszystkich mierzyć jedną miarką, nie wszyscy liczą, jak twierdzą kontrolerzy, jedynie na darmowy przejazd. Nigdy nie jechałam na tak zwana gapę i nigdy też nie sądziłam, że w taki sposób zostanę potraktowana. Kontroler nie może być jedyną i nieomylna wyrocznią, bo popadniemy w paranoję! Nie mówię już o tym, że człowiek ten nie potrafił właściwie ocenić sytuacji, nie potrafi też zachować się jak zwykły normalny człowiek, ale wykonując swoją pracę rzetelnie niech przynajmniej da ludziom szansę na skasowanie tego cholernego biletu! Chyba, że Zarządowi Transportu Miejskiego w Warszawie zależy na zatrudnieniu tego pokroju ludzi….Uważam, że takie sytuacje są niedopuszczalne. Może dla tego pana 150 złotych to niewiele, dla mnie jako studentki to połowa opłaty za akademik. To między innym i dlatego nie mogę sobie pozwolić na przejazd bez biletu. Hmm zapomniałam tylko dodać, iż poinformowano mnie, że mogę odwołać się od decyzji w sądzie grodzkim, słowo przeciwko słowu:)” - kończy swoją przygodę z warszawskim kanarem Aleksandra, studentka SGGW w Warszawie.
Wnioski z tej historii są oczywiste, a wszelkie komentarze zbyteczne. Jeżeli ZTM w Warszawie nie rozwiąże tego problemu, w zasadzie potwierdzi przypuszczenia studentki, że priorytetem dla tej firmy jest łupienie Warszawiaków oraz przyjezdnych z ostatniego, przysłowiowego wdowiego grosza.


