Nie za wszelką cenę…
... a gdzie w tym szaleństwie restrykcyjno-podatkowym jest zwykły obywatel? O tym, że z Polaka da się wycisnąć ostatnie pieniądze, jak z przysłowiowej cytryny, wiedzą od dawna wszyscy nasi rodacy. Ale są pewne sytuacje, które przechodzą już wszelkie granice rozsądku!
Najlepszym dowodem na to, że w naszym pięknym kraju nad Wisłą, a w zasadzie mieście stołecznym nad Wisłą, uczciwość nie jest najlepiej widzianym towarem - jeżeli można tę sytuację tak nazwać. Niby problem prozaiczny, ale niestety nazbyt często obserwowany nie tylko w Warszawie - wyłudzanie pieniędzy od obywateli, którzy już i tak robią bokami, gimnastykując się każdego dnia, jak utrzymać swoje rodziny. Warszawa, stolica, centrum biznesu, dużych pieniędzy, ale i normalnych zwykłych ludzi, którzy nie radzą sobie z wiązaniem przysłowiowego końca z końcem. To także centrum akademickie, w którym uczy się i egzystuje wielotysięczna brać żakowska, najczęściej nie narzekająca na nadmiar gotówki. Ale taką społeczność najprościej i najłatwiej wykorzystać i zabrać ostatni żakowski grosz. Najlepszym przykładem tego niech będzie przygoda z warszawskimi "kanarami" jednej ze studentek SGGW, której uczciwość została zszargana przez nadgorliwego kontrolera ZTM.
A oto krótka historia:
”29 grudnia 2009 roku o 16,37 po zrobieniu zakupów w ostatniej chwili wsiadłam na Rakowcu do autobusu miejskiego linii 504. W związku z tym, iż miałam wiele toreb z zakupami nie mogłam wyjąć biletu przed wejściem do autobusu, dopiero gdy położyłam je na siedzeniu wyjęłam z torebki bilet do skasowania. Nie zdążyłam jednak tego zrobić, ponieważ już dosłownie po kilku sekundach kasowniki zostały zablokowane. Na nic zdały się moje, jak i siedmiorga pozostałych pasażerów, tłumaczenia, że mam bilet (który zresztą miałam w ręku), a tylko nie dano mi go skasować. Nie można wszystkich mierzyć jedną miarką, nie wszyscy liczą, jak twierdzą kontrolerzy, jedynie na darmowy przejazd. Nigdy nie jechałam na tak zwana gapę i nigdy też nie sądziłam, że w taki sposób zostanę potraktowana. Kontroler nie może być jedyną i nieomylna wyrocznią, bo popadniemy w paranoję! Nie mówię już o tym, że człowiek ten nie potrafił właściwie ocenić sytuacji, nie potrafi też zachować się jak zwykły normalny człowiek, ale wykonując swoją pracę rzetelnie niech przynajmniej da ludziom szansę na skasowanie tego cholernego biletu! Chyba, że Zarządowi Transportu Miejskiego w Warszawie zależy na zatrudnieniu tego pokroju ludzi….Uważam, że takie sytuacje są niedopuszczalne. Może dla tego pana 150 złotych to niewiele, dla mnie jako studentki to połowa opłaty za akademik. To między innym i dlatego nie mogę sobie pozwolić na przejazd bez biletu. Hmm zapomniałam tylko dodać, iż poinformowano mnie, że mogę odwołać się od decyzji w sądzie grodzkim, słowo przeciwko słowu:)” - kończy swoją przygodę z warszawskim kanarem Aleksandra, studentka SGGW w Warszawie.
Wnioski z tej historii są oczywiste, a wszelkie komentarze zbyteczne. Jeżeli ZTM w Warszawie nie rozwiąże tego problemu, w zasadzie potwierdzi przypuszczenia studentki, że priorytetem dla tej firmy jest łupienie Warszawiaków oraz przyjezdnych z ostatniego, przysłowiowego wdowiego grosza.


