Nie parkingi lecz mandaty
Prawdopodobnie już niedługo wejdą w życie znowelizowane przepisy zamieniające drogi wewnętrzne na publiczne. Jaki będzie tego skutek? Mandaty, zakładanie blokad i odholowywanie źle zaparkowanych samochodów na osiedlowych uliczkach. Często bowiem zdarza się, że z braku miejsca, źle zaparkowane auta blokują wjazdy do parkingów podziemnych, skrzyżowania ulic, parkowane są często na chodnikach, a nawet trawnikach. Powód?
Bardzo wysokie ceny gruntów na których deweloperzy budują budynki mieszkalne. Aby wykorzystać do maksimum teren na którym budowane są osiedla, budynek od budynku dzielą jedynie bardzo wąskie uliczki, często z znakami zakazu postoju. Niestety najczęściej na takich osiedlach nie ma publicznych parkingów. Są tylko podziemne - bardzo drogie - oraz - nieco tańsze - miejsca parkingowe przy blokach mieszkalnych. Taka sytuacja musi rodzić konflikty. A co mają zrobić osoby przyjezdne, odwiedzające rodziny czy znajomych? Nikogo jednak to nie obchodzi, ani deweloperów, ani administracji, ani tym bardziej policji oraz strażników miejskich. Tym ostatnim wiążą ręce przepisy, które nie pozwalają im na jakąkolwiek interwencję. Jednak przepisy mają się wkrótce zmienić i zaczną się mandaty oraz odholowywanie aut na wyznaczone parkingi. Tylko czy zaostrzenie przepisów wobec kierowców, którzy nie mają możliwości zaparkowania swoich aut zgodnie z obowiązującymi przepisami rozwiąże problem? Z całą pewnością nie, dlatego takie restrykcyjne podejście do problemu jeszcze bardziej zaogni ten konflikt. Walka ze skutkami nie zlikwiduje przyczyn obecnych kłopotów z parkingami.
Pensja dla babci?
O projekcie ustawy, która ma zobligować rząd do wygospodarowania środków na pensje dla babć opiekujących się wnukami aż huczy. Temat ten jest o tyle istotny, że znalezienie obecnie wolnego miejsca w żłobku czy przedszkolu graniczy z cudem. Chyba, że w przedszkolu prywatnym, które po pierwsze jest bardzo drogą przyjemnością, po drugie nie zawsze zapewnia odpowiednie standardy. Niestety najczęściej chęci nie idą w parze z możliwościami tych przedszkoli.
Przedszkola publiczne mają doświadczenie w pracy z dziećmi, a przede wszystkim opiekunom po prostu się chce. Tymczasem miejsc jest o wiele mniej niż chętnych, dlatego najczęściej opiekę nad dziećmi przejmuje czarna strefa polskich niań. Ale jak uczy doświadczenie, najczęściej to one wymagają opieki i nadzoru, a dzieci zazwyczaj pozostawione są samym sobie. Oczywiście zdarzają się nianie z prawdziwego zdarzenia, ale wyjątek tylko potwierdza regułę. Często więc opiekę nad wnukami przejmują babcie i pomysł z płaceniem im przez rząd za sprawowanie takiej opieki jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Skoro rządu nie stać na utrzymanie większej ilości przedszkoli - obecnie w przedszkolach przebywa tylko połowa dzieci w wieku przedszkolnym - to niech przynajmniej w ten sposób zrekompensują dzieciom brak fachowej opieki. Za projektem tym opowiedziały się prawie wszystkie partie polityczne prócz PO, która czeka na projekt ustawy.
- To dobry pomysł, tylko może rozszerzyć tę opiekę na niepracujące mamy. Na przykład moje obie babcie pracują i nie są w stanie zająć się wnuczką. Sądzę, że wiele jest takich kobiet, które stają przed dylematem czy wrócić do pracy, czy zostać w domu z maleństwem – pisze do mnie jedna z mam.
Być może w projekcie tym zostanie uwzględniony i ten postulat. Na razie jednak jest to tylko pomysł, a znając efektywność działań naszych parlamentarzystów na jego realizacja przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.
Nosił wilk razy kilka…
... ponieśli i ojca Rydzyka. Ostatnio media często donosiły o, nazwijmy to, nie do końca zrozumiałych interesach ojca Tadeusza Rydzyka. Najczęściej też osoba właściciela stacji Radia Maryja pojawiała się przy różnego rodzaju operacjach inwestycyjno-finansowych. Niekoniecznie pomysły ojca Rydzyka okazywały się trafione, ale zawsze to on rozdawał karty. Teraz rolę tę przejęli oszuści, podszywający się pod rozgłośnię oraz fundację Lux Veritatis, która finansuje telewizję Trwam.
Otóż sprytni oszuści rozprowadzali po kraju blankiety wpłat na radio wraz z numerem konta tejże rozgłośni i kasowali forsę. Jak stwierdziła Lidia Kochanowicz, dyrektorka finansowa Lux Veritatis, są to druki przekazów na rzecz Radia Maryja z tytułem "wpłata na rzecz kultu religijnego" oraz na rzecz fundacji z tytułem " dar na budowę kościoła - centrum Polonia in Tercio Millenio i dar dla TV Trwam". Do tego oszuści dołączali przeróżnego rodzaju materiały propagandowe oraz sfałszowany list ojca Rydzyka z jego podpisem. Wszystko niby się zgadzało, prócz konta bankowego, na które instytucje oraz wierni wpłacali przeróżnego rodzaju kwoty. Konto to znajdowało się w mBanku, z którym ojciec Rydzyk nigdy nie współpracował. Dlatego ma on wielkie pretensje i żal do mBanku, że nie zareagował odpowiednio szybko na tak wielkie zło. Z kolei bank tłumaczy się, że nic na ten temat nie wiedział.
Trzeba przyznać, że oszuści rzeczywiście wpadli na iście szatański pomysł... Brak jest jednak informacji ile zarobili na tym przekręcie i ile stracił na tym ojciec Rydzyk. Milczy na ten temat bank, ale obiecuje, że wszystko zostanie dokładnie wyjaśnione. Zablokowane są też wspomniane konta, a bank zawiadomił o sprawie prokuraturę. Na razie sprawa jest rozwojowa więc na wyniki trzeba będzie jeszcze poczekać. Tak czy inaczej ojciec Rydzyk został w klasyczny sposób wyrolowany...
Jak zarobić by się nie narobić
Naszą polską przypadłością jest mniej lub bardziej uzasadniona niechęć do pracy. Jak zarobić by się nie narobić, to niemal nasza cecha narodowa. Jedni znaleźli odpowiedź na to pytanie w szarej strefie, inni grając w pokera lub na giełdzie, albo też inwestując w funduszach inwestycyjnych.. No bo czym tak naprawdę jest zysk? Na to pytanie można odpowiedzieć słowami naszych satyryków, którzy twierdzą, że zyski z giełdy to nic innego jak pieniądze z przyszłości, które odeszły w przeszłość omijając teraźniejszość.
Inwestor giełdowy to teraz zawód, który uprawia coraz więcej naszych rodaków. Jest tylko pewien problem, uprawiając tę profesję może rzeczywiście niekoniecznie się człowiek napracuje, ale niestety jest to też zbyt wielkie ryzyko. Poza tym na temat giełdy, funduszy inwestycyjnych, trzeba mieć określoną wiedzą, a czasami nawet i ona nie wystarcza. Najczęściej też oczekiwany i planowany zysk przesłania niektórym inwestorom zdrowy rozsądek.
Nawet pomijając wątek humorystyczny, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest w tym sporo racji. Najczęściej są to wirtualne pieniądze, które mogą nabrać rzeczywistych barw, ale niekoniecznie. Jak zatem inwestować, aby zysk nie pozostał w sferze wirtualnego pieniądza? Czy w ogóle istnieje recepta na pewny biznes? Nie ma takiej recepty i nie ma pewnych inwestycji. Nawet wtedy, kiedy zabierają na ten temat głos analitycy giełdowi. Kimże jest tak zwany analityk giełdowy? A no jest osobą, która w naukowy sposób wyjaśnia dlaczego w ubiegłym tygodniu się pomyliła. Może więc lepiej zdać się na własną wiedzę i własny nos?
Czyszczą nasze konta – chip rozkodowany
Od czasu do czasu dochodzą nas wieści o czyszczeniu kont bankowych przez elektronicznych złodziei, którzy łamali kody PIN kart płatniczych i to w dość prymitywny sposób. Policja w miarę ukróciła ten proceder biorąc pod lupę bankomaty oraz zaostrzając procedury. Karty z tak zwanych chipem, czyli dodatkowym zabezpieczeniem elektronicznym, miały być nie do złamania. Nic z tych rzeczy, okazało się bowiem, że i ten system został złamany. Na razie dokonali tego wyczynu informatycy z Cambridge, ale skoro znaleźli na to sposób to znajdą również "karciani złodzieje".
Polskie banki dość długo broniły się przed instalowaniem w kartach dodatkowych mikroprocesorów, wiele z nich broni się nadal. Dlaczego? Ponieważ wymiana tradycyjnych kart na karty z chipami to dość kosztowna zabawa, a banki zdecydowanie nie maja zamiaru się w ten sposób bawić. Co z tego, że klient miałby dodatkowe zabezpieczenia na karcie, skoro bank musiałby za to zapłacić. Nic więc dziwnego, ze niewiele banków zdecydowało się na ten zabieg. Teraz banki, które tego nie uczyniły mają w rękach mega argument w postaci złamania tej swoistej pieczęci. Proceder związany z kopiowaniem zawartości paska magnetycznego zwany jest skimmingiem i trwa od lat. Wielką zachętą dla skimmerów była prostota i łatwość kopiowanie i to bez ponoszenia wielkich kosztów. Dodatkowy mikroprocesor miał być zabezpieczeniem nie do złamania - rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Czy teraz musimy już zacząć drżeć o nasze pieniądze?
Jak za darmo upić się w stock?
Alkohol jest drogi, ale jest sposób, aby jego koszt zmniejszyć. Oto bowiem producent wódki Stock zaproponował smakoszom czystej z logo tej firmy zwrot gotówki, jeżeli uważają, że wódka Stock wybitnie im nie służy. To znaczy mogą rozpić połowę flaszki, a drugą połowę zwrócić producentowi i czekać na pieniądze. Jest to jakiś pomysł na oszczędzanie gotówki.
Po co nam lokaty i konta oszczędnościowe, skoro możemy nieco odłożyć za pomocą tej niecodziennej metody... Ale są jednak i warunki, które należy spełnić, aby otrzymać zwrot kasy:
- Przede wszystkim trzeba uzasadnić swoją decyzję, wystarczą trzy zdania.
- Następnie należy nadpitą butelkę zapakować i wysłać do producenta dołączając dowód zakupu . Trzeba jednak pamiętać, że za przesyłkę Stock zwraca tylko 19 złotych, pozostałe koszty ponosi reklamujący wódkę.
- Warto jeszcze nadmienić, iż najwyżej firma zwraca za butelkę litrową - 50 zł., za butelkę 0,7l - 35 zł., a za połówkę maksymalnie 25 zł.
- Jedna osoba może zwrócić najwyżej trzy butelki, a w każdej musi być przynajmniej połowa zawartości.
- Na rozpatrzenie reklamacji producent ma miesiąc.
Stock twierdzi, że jego gorzałka jest tak dobra, że nie obawia się lawinowych zwrotów, a jeżeli nawet takie bywają, to raczej są to sporadyczne przypadki. Prawdopodobnie dlatego, ponieważ najczęściej nie o gatunek chodzi, lecz klientom nie chce się po prostu tej całej zabawy ze zwrotami. To po pierwsze. A po drugie, jak odejść od napoczętej flaszki?... Mój znajomy kiedyś mawiał, że wódkę pije się w dwóch przypadkach: jak są ogórki i jak nie ma ogórków. I w myśl tej zasady pijmy, ale... nie zwracajmy.
Biedny komornik
Komornik niemal zawsze kojarzy się nam z kłopotami oraz dużą kasą. W klan rodziny komorników bardzo trudno wejść przeciętnemu zjadaczowi polskiego chleba. Nawet jeżeli był prymusem na studiach prawniczych. Komornicza rodzina nie chce mieć w swoich szeregach obcych. Komornicy są też postrzegani jako osoby wyzute z jakichkolwiek skrupułów, dla których liczy się tylko kasa. Ale wracają, najczęściej w towarzystwie mundurowych. Często zadajemy sobie pytanie po co i za ile to robią?
Czy zatem można dziwić się, że często zmuszani są do rejterady przez zdesperowanych dłużników? Czy jest to kasa warta aż takich upokorzeń? Otóż panom komornikom należy się 15 % od sumy ściągniętych długów. Wprawdzie sąd może ten procent obniżyć, ale nie oszukujmy się, najczęściej takich praktyk się nie stosuje. Niższa natomiast jest prowizja komornika od ściąganych należności z kont bankowych, czy też wynagrodzeń, bowiem wynosi 8 %. Jednak tak naprawdę nikt nie wie, prócz samego zainteresowanego, ile komornik potrafi miesięcznie wyciągnąć od dłużników. WP donosi, że nie tak dawno media informowały, iż jeden z komorników na Śląsku kasował miesięcznie około 250 tysięcy złotych... Warto być pogryzionym przez psy?
Największe pieniądze w kraju zarabiają śląscy komornicy. Komornicy ripostują, że ponoszą duże koszty prowadzenia kancelarii, korespondencji, uzyskania informacji z wszelkiego rodzaju urzędów, szacowania wartości nieruchomości przez rzeczoznawców, słowem ich zdaniem biedny komornik prawie dokłada do interesu. A jeżeli nawet już coś mu zostanie z tego rozliczenia, to jest tego niewiele ponad średnią krajową. Takie bajki biedni komornicy mogą opowiadać niegrzecznym dzieciom i to nie na dobranoc.
Kup sobie dziecko
Pieniądze, mamona, cash. Dla pieniędzy jesteśmy zdolni do największych poświęceń. Ponoć za pieniądze nawet ksiądz się modli. Czy rzeczywiście za kasę można zrobić wszystko, a jedynym warunkiem jest cena? Coś w tej opinii o nas i pieniądzach chyba jest, bowiem jak wynika z ostatnich informacji PAP za pieniądze można nawet sobie zafundować dziecko. Od jakiegoś czasu w internecie kwitnie handel dziećmi. Chcesz małego bobaska? Proszę bardzo, zamów go sobie w sieci u matki handlującej niemowlakami..
Etos Matki Polki sięgnął bruku. Handel małymi istotkami jest nie tylko nie do przyjęcia z etycznego punktu widzenia, ale gdzie w takim razie jest miłość, uczucia macierzyńskie i instynkt macierzyński? Czy dla pieniędzy rzeczywiście można zrobić wszystko, nawet sprzedać własne dziecko? Okazuje się niestety, że tak. Dziennik Gazeta Prawna informuje, że w internecie od dość dawna kwitnie ten proceder. I niestety nie podlega on żadnej karze, ponieważ prokuratury umarzają takie sprawy. Ponoć nie ma artykułu na handlarzy niemowlakami i w polskim prawie nie ma jasnej definicji handlu ludźmi... Ponoć sejmowe komisje pracują nad zmianami w kodeksie karnym, ale jak zwykle w takich sytuacjach idzie im jak po grudzie. Tymczasem nowelizacja kodeksu prawnego przewiduje: "wprowadzenie legalnej definicji handlu ludźmi. Gdyby dotyczył on małoletniego byłby automatycznie przestępstwem bez względu na to jakie zamiary miał sprawca" - pisze Dziennik. Legalizacja definicji handlu? Czy chodzi o legalizację definicji czy handlu ludźmi? Dlaczego tylko handel małoletnimi miałby być przestępstwem? Dorosłymi można więc będzie handlować mimo, iż czas niewolnictwa już dawno się skończył?
Skoro jest podaż, musi być też rynek zbytu. Jako tako można zrozumieć zagubione małżeństwa, które pragną wychować potomka, ale ich organizmy odmawiają współpracy. Po długotrwałym leczeniu bezpłodności, czekaniu na „te” dni cyklu i badaniu plemników, namiętność osiąga poziom krytyczny, a oczekująca para chwyta się każdego sposobu. Proces adopcji przez przez specjalistyczny ośrodek adopcyjny trwa zazwyczaj kilka lat. Natomiast przy zakupionym dziecku formalności załatwiane są w przeciągu kilku miesięcy. Jest to tak zwana adopcja ze wskazaniem. Rodzice łożą często na matki jeszcze przed porodem, mają dzięki temu przekonanie, że maluch rozwija się w dobrych warunkach. Nie brakuje mu jedzenia, a jego tymczasowa nosicielka nie będzie pić lub palić. Ciekawe jakie kary dla tych desperatów będzie przewidywać nowe prawo? Zapewne jak dzieci od polskich matek staną się niedostępne, to pary będą jeździć po zakup wystawionego w internecie maleństwa na wschód, do krajów słabiej rozwiniętych. Tak wygląda globalizacja i ciężko będzie zahamować ten proceder.
Czy pieniądze potrafią wymazać wyrzuty sumienia? Czy zderzenie kapitalizmu i etyki jest niszczące dla tej drugiej? Problem sprzedaży tych najmłodszych, bezbronnych członków społeczeństwa jest sprawą dużo ważniejszą niż kodeksy, ustawy i prawa. Z jednej strony trudno zgodzić się z handlem człowiekiem jak towarem, z drugiej nowa rodzina dla niechcianego malca może być prawdziwym domem pełnym miłości. Tak tłumaczą się rodzice, którzy oddali biologicznej matce pieniądze w zamian za żywą istotę, że chcieli dać dziecku lepsze życie. Pytanie kto się zastanawia, gdzie podział się bobas jeszcze przed chwilą ciężarnej kobiety. I czy zadzwonić z taką informacją na policję.
Państwo chce zlikwidować szarą strefę polskich niań!
W dzisiejszej dobie niania jest jednym z najbardziej deficytowych towarów. Czasu mamy niewiele, pracować trzeba, a baby boom rozwinął rynek niań do niebotycznych rozmiarów. Nianie najczęściej pracują na czarno. Rodzicom nie opłaca się na legalne zatrudnianie takich osób, bo to i zachodu przy tym dużo, a i koszty też niemałe. Właściwie nie znam przypadku wśród znajomych legalnego ich zatrudnienia. Dlatego podobnie jak „najstarszy zawód świata”, szara strefa polskich niań od niepamiętnych czasów funkcjonuje i nikomu nawet do głowy nie przyszło, aby zawód ten zalegalizować.
Ostatnio jednak na ten pomysł wpadło Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Według łaskawców z tegoż resortu zachętą dla rodziców, którzy zalegalizują zatrudnienie opiekunki do dzieci, będzie opłata z budżetu państwa składki zdrowotnej za nianię oraz składki na ubezpieczenie społeczne. Ale resort stawia też i warunki. Aby takie dofinansowanie otrzymać:
- oboje rodzice muszą pracować,
- dziecko nie może mieć więcej niż 4 lata.
Dzięki tym zmianom nianie miedzy innymi mają zyskać prawo do emerytury, zasiłku chorobowego oraz bezpłatnego leczenia. Zyskają też rodzice, ponieważ zwiększą się im koszty oraz obowiązki wobec pracownika-niani. Z pewnością zyskają też: fiskus, inspekcja pracy, związki zawodowe, związki kobiet polskich, związek emerytów i rencistów, kółka różańcowe... Tylko patrzeć, jak rodzice rzucą się do legalizowania pracy swoim pomocom domowym i raz na zawsze wykorzenią z szarej polskiej rzeczywistości szarą strefę polskich niań.
Orzecznik jak sędzia piłkarski
Problemem naszych rodaków są nie tylko kłopoty finansowe, ale również i to, że zawsze wszystko wiedzą lepiej od innych. Nawet wówczas, jeżeli zupełnie się na tym nie znają. Kiedy byłem jeszcze czynnym zawodowo dziennikarzem, do redakcji naszej gazety przyszła kobieta, której miejscowy Zakład Ubezpieczeń Społecznych odmówił przyznania renty. I chociaż miała cały zestaw badań, opinii oraz ostatecznej diagnozy lekarzy specjalistów potwierdzających jej niezdolność do pracy, opinia lekarza orzecznika nie pozostawiała jej żadnych złudzeń - była zdrowa... " Przy takich dokumentach jakie posiadałam i przy takich schorzeniach byłam pewna, że renta zostanie mi przyznana. Tymczasem lekarz orzecznik stwierdził, że jestem zdrowa jak ryba i mogę spokojnie udać się do pracy" - stwierdziła bardzo wówczas zdenerwowana.
Sytuacja była o tyle dziwna i niejasna, ponieważ opinie lekarzy specjalistów z dziedziny ortopedii / w tym jednego profesora/ podważył lekarz pediatra. Nie pomogły tłumaczenia, kolejne badania i kolejne opinie lekarzy ortopedów, pan pediatra wiedział swoje. Rozprawy sądowe, wyroki, odwołania. W końcu sąd uznał zasadność odwołań od wcześniejszych wyroków, które o dziwo przyznawały rację lekarzowi orzecznikowi. W czym zatem problem? Otóż problem tkwi nie w nazwiskach, nazwie miejscowości gdzie miało miejsce to zdarzenie. Takich nazwisk, zdarzeń i miejscowości jest wiele. Problem leży w systemie orzecznictwa zusowskiego. Jeżeli ktoś pokusiłby się o analizę struktur tego ciała, z pewnością dostrzegłby wiele nieprawidłowości w tym systemie. Najczęściej przy orzekaniu niesprawności, przyznawaniu rent, bądź ich odbieraniu, decydują lekarze innych specjalności niż wynikałoby to z historii choroby ubiegającego się o takie świadczenia. Nie ma przy tym żadnych komisji, a najczęściej orzeka jeden nieomylny lekarz, którego opinia jest - jak sędziego piłkarskiego - nie do podważenia.


