Orzecznik jak sędzia piłkarski
Problemem naszych rodaków są nie tylko kłopoty finansowe, ale również i to, że zawsze wszystko wiedzą lepiej od innych. Nawet wówczas, jeżeli zupełnie się na tym nie znają. Kiedy byłem jeszcze czynnym zawodowo dziennikarzem, do redakcji naszej gazety przyszła kobieta, której miejscowy Zakład Ubezpieczeń Społecznych odmówił przyznania renty. I chociaż miała cały zestaw badań, opinii oraz ostatecznej diagnozy lekarzy specjalistów potwierdzających jej niezdolność do pracy, opinia lekarza orzecznika nie pozostawiała jej żadnych złudzeń - była zdrowa... " Przy takich dokumentach jakie posiadałam i przy takich schorzeniach byłam pewna, że renta zostanie mi przyznana. Tymczasem lekarz orzecznik stwierdził, że jestem zdrowa jak ryba i mogę spokojnie udać się do pracy" - stwierdziła bardzo wówczas zdenerwowana.
Sytuacja była o tyle dziwna i niejasna, ponieważ opinie lekarzy specjalistów z dziedziny ortopedii / w tym jednego profesora/ podważył lekarz pediatra. Nie pomogły tłumaczenia, kolejne badania i kolejne opinie lekarzy ortopedów, pan pediatra wiedział swoje. Rozprawy sądowe, wyroki, odwołania. W końcu sąd uznał zasadność odwołań od wcześniejszych wyroków, które o dziwo przyznawały rację lekarzowi orzecznikowi. W czym zatem problem? Otóż problem tkwi nie w nazwiskach, nazwie miejscowości gdzie miało miejsce to zdarzenie. Takich nazwisk, zdarzeń i miejscowości jest wiele. Problem leży w systemie orzecznictwa zusowskiego. Jeżeli ktoś pokusiłby się o analizę struktur tego ciała, z pewnością dostrzegłby wiele nieprawidłowości w tym systemie. Najczęściej przy orzekaniu niesprawności, przyznawaniu rent, bądź ich odbieraniu, decydują lekarze innych specjalności niż wynikałoby to z historii choroby ubiegającego się o takie świadczenia. Nie ma przy tym żadnych komisji, a najczęściej orzeka jeden nieomylny lekarz, którego opinia jest - jak sędziego piłkarskiego - nie do podważenia.


