10maj/100

Buble prawne, polskich absurdów ciąg dalszy

Nasz ukochany kraj znad Wisły znany jest z płodzenia bzdurnych przepisów i bubli prawnych, chociaż trzeba przyznać, że ostatnio Bruksela ze swoimi absurdalnymi unijnymi dyrektywami stara się nam dorównać. Zajmijmy się jednak naszym polskim podwórkiem. Przez ponad dwa lata eksperci uzbierali prawie 10 tysięcy bubli prawnych, które dostarczyli im przedsiębiorcy, konsumenci i organizacje.
1. "Złotą kiszkę", czyli główną nagrodę w tej niechlubnej rywalizacji, zgarnął obowiązek meldunkowy,
2. "Srebrna kiszka",to bubel prawny dotyczący obowiązku zapłacenia podatku dochodowego od nieistniejącego dochodu,
3. "Brązową kiszkę" wywalczył obowiązek składania stale tych samych dokumentów.
A teraz przykłady: przepisy nakazują meldować znajomych, którzy przyjechali do nas z zagranicy i przebywają w naszym domu dłużej niż 4 dni, później należy ich wymeldować. Jeżeli przebywamy poza granicami kraju dłużej niż 3 miesiące musimy się wymeldować, a po powrocie z powrotem zameldować:).
Przedsiębiorca, który wystawił faktury kontrahentowi na 100 tysięcy złotych nigdy nie doczekał się ich realizacji, ponieważ jego partner biznesowy zbankrutował. Musiał jednak zapłacić 19 % podatek od dochodu, bowiem faktury "poszły", a że pieniądze nigdy nie wpłynęły na konto przedsiębiorcy to już fiskusa nie interesuje. Wprawdzie po dwóch latach wygrał proces i komornik ściąga od dłużnika po 1000 złotych miesięcznie, ale pieniądze odzyska dopiero po... 8 latach! Jeden z czytelników "GW" poszedł na urlop macierzyński, złożył wszystkie wymagane dokumenty, a po jego ukończeniu postanowił przedłużyć o urlop "tacierzyński". Jakież było jego zdziwienie, kiedy musiał po raz drugi w ZUS składać dokumenty, w tym oryginał aktu urodzenia dziecka. Podobnych absurdów prawnych jest więcej, zalegają w urzędach, mają moc obowiązującą, ale są martwe, ponieważ najczęściej nikt ich nie przestrzega. Chyba, że chodzi o przewietrzenie kieszeni podatnika, wtedy zadziałają nawet najbardziej bzdurne przepisy.

7maj/103

Grecja wyjdzie nam bokiem…

Niestety powtarza się scenariusz z lat ubiegłych. Zbliża się okres wakacji, sezon urlopowy, a wraz nimi zawirowania na rynkach finansowych. Szczególnie niepokoi spadek kursu złotego. Osłabienie polskiej złotówki może mieć poważne skutki dla kredytobiorców, którzy posiadają kredyty w obcych walutach. Szczególnie martwią się  posiadacze kredytów w euro, tak ostatnio preferowanych przez banki. Na dzień dzisiejszy za euro trzeba zapłacić prawie 4,08 zł i jest to najwyższy kurs europejskiej waluty od lutego br. Wygląda na to, że rację miała Komisja Nadzoru Finansowego, która z dezaprobatą przyglądała się do polityce kredytowej banków, które jak wiadomo postawiły na kredyty w euro. Sytuacją na finansowych rynkach martwią się też zwykli konsumenci, ponieważ z dnia na dzień rosną ceny paliwa, a to z kolei oznacza, że więcej zapłacimy za towary i usługi, a także za planowane wyjazdy urlopowe w kraju i za granicą. Cieszą się natomiast eksporterzy, ale nie będzie im za wesoło kiedy przyjdzie do rozliczeń z kooperantami krajowymi. Tak czy inaczej Grecja zaczyna odbijać nam się czkawką, a co najgorsze nikt nie potrafi przewidzieć jak  długo jeszcze. Analitycy twierdzą, że nasz złoty oberwał rykoszetem. Słabe to jednak pocieszenie, bowiem rykoszet bywa czasami bardziej bolesny niż bezpośrednie uderzenie. Na razie nie widać szczególnej paniki na polskich rynkach finansowych, ale z pewnością na zawirowaniach tych straci polski konsument.
- Ja już straciłem, ponieważ bank namówił mnie na kredyt w euro. Tymczasem od 3 maja kurs euro i franka wzrósł aż o 4,5%, jeżeli dalej w takim tempie złoty będzie tracił na wartości wielu kredytobiorców, którzy wzięli kredyty w obcej walucie będzie mieć poważne kłopoty finansowe. Wprawdzie analitycy finansowi uspokajają, ale kto w dzisiejszych czasach wierzy analitykom. Tym bardziej w tak niespokojnych czasach w jakich przyszło nam żyć - napisał jeden z moich czytelników.