Ignorantia iuris nocet
Fakt, że banki niejednokrotnie wykorzystują naiwność i niefrasobliwość swoich klientów nikogo już dziś nie dziwi. Nieznajomość prawa połączona z podpisywaniem umów bez wcześniejszego zapoznania się z nimi przynosi opłakane skutki. Zbyt wielu Polaków daje się omamiać zapewnieniom przemiłych konsultantów, którzy, jak wiadomo, nie zawsze znają się na tym, co robią, ale wiedzą jakich technik użyć, by zdobyć podpis klienta. Sprzedawcy, dumnie nazywani specjalistami ds. sprzedaży, zazwyczaj doskonale zdają sobie sprawę z istnienia tzw. klauzul niedozwolonych. Nie każdy klient zna się jednak na prawie w takim stopniu, aby móc szybko wychwycić niepokojące zapisy.
Zgodnie z kodeksem cywilnym, umowa, która została już podpisana, ale zawiera niedozwolone postanowienia, jest z mocy prawa niewiążąca. W przypadku gdy bank nie chce przychylić się do stanowiska klienta, pomocy należy szukać w sądzie rejonowym lub okręgowym. Właściwy sąd powinien wówczas uznać daną umowę za nieważną. W tego typu sprawach pomocy udzielić może również miejski lub powiatowy rzecznik konsumentów.
W ostatnim czasie UOKiK ostro wziął się za kontrolę umów, jakie banki przedstawiają do podpisu swoim klientom. Efektem są milionowe kary mające na celu zniechęcenie gigantów do prowadzenia brudnej polityki wobec osób, które, jakby nie było, utrzymują banki przy życiu. Aby za bardzo nie odczuć kary, banki najprawdopodobniej podniosą opłaty za przelewy, za prowadzenie konta i masę innych drobnych usług. W ten oto sposób kara dla banków ponownie uderza w klientów. Banki nadal kombinują, klienci znowu się skarżą i błędne koło się zamyka. A podobno miało być lepiej.
Jak zostać dłużnikiem?
Tym razem parę słów o znienawidzonym przez dłużników Krajowym Rejestrze Długów. Działa już siedem lat i w tym czasie przedsiębiorcom udało mu ściągnąć przy jego pomocy kwoty liczone już w miliardach złotych. Baza zawiera obecnie nazwiska ponad 1,1 miliona dłużników. Zgodnie z Ustawą o udostępnianiu informacji gospodarczych z 2003 r., mają prawo korzystać z niej wszyscy przedsiębiorcy, którzy podpiszą stosowną umowę. Dzięki temu mogą oni dopisywać swoich niesolidnych klientów lub kontrahentów do listy. W jaki sposób można sobie zasłużyć na miejsce w bazie? Nie wymaga to wiele wysiłku, gdyż wystarczy zalegać 60 dni z zapłatą należności na kwotę nie mniejszą niż 200 zł brutto, przy czym warunek ten odnosi się tylko do konsumentów. W przypadku firm granica ta przesuwa się o 300 zł wzwyż. Ustawodawca przewidział również koło ratunkowe dla zapominalskich. Jego działanie polega na tym, że wierzyciel powinien poinformować dłużnika listem poleconym z 30-dniowym wyprzedzeniem o zamiarze umieszczenia jego danych w rejestrze.
KRD może udzielić przedsiębiorcy również informacji, czy potencjalny klient bądź kontrahent nie zalega z płatnościami. Weryfikację tego typu można zlecić na stałe bądź wykonać jednorazowo. Z bazy mogą korzystać także konsumenci chcący sprawdzić uczciwość przedsiębiorców. Bardzo przydatne, jeśli chodzi o deweloperów, polecam. Osoba mająca dostęp do KRD ma możliwość sprawdzenia nawet samej siebie, włącznie z listą podmiotów, które sprawdzały jej płatniczą wiarygodność.
Niech się jednak nikomu nie wydaje, że takie informacje dostanie za darmo. Cennik KRD przypomina ten, do jakiego przyzwyczaiły Polaków telefonie komórkowe. Tabelka, cztery pakiety, a poniżej wykaz opłat za poszczególne usługi. Najniższy abonament wynosi 200 zł. Można by się spodziewać czegoś trochę innego od instytucji w dużej mierze zależnej od Ministerstwa Gospodarki i która, mimo wszystko, ma sprzyjać szerzeniu informacji o nieuczciwych kontrahentach. Tym bardziej, że wpisanie na listę niesie ze sobą niemałe konsekwencje. Dłużnicy tracą wiarygodność we wszelkich kontraktach handlowych. Mają problemy z uzyskaniem kredytu lub pożyczki. Nie mogą zawrzeć umowy leasingu ani kupić nic na raty. Utrudnione jest także korzystanie z usług telekomunikacyjnych i wynajem lokali.
14 czerwca br. w życie weszła nowa Ustawa o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych. Stwarza ona możliwość wysłania na listę dłużników osób, które do tej pory pozostawały w świetle prawa bezkarne. Chodzi tutaj o znajomych bądź członków własnej rodziny, gdyż w przypadku pożyczek udzielanych w najbliższym kręgu, najczęściej brakuje jakichkolwiek dokumentów potwierdzających zadłużenie. Kim trzeba być aby sporządzać tego typu umowę z członkiem własnej rodziny? Na pewno bardzo przewidującym człowiekiem...
A może kasę fiskalną?
Poronionych pomysłów w naszym pięknym kraju nad Wisłą nigdy nie brakowało: martwe ustawy, nieżyciowe przepisy i absurdalne wymogi. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej jeszcze więcej ich przybyło, bo na przykład dowiedzieliśmy się jak prawidłowo powinno się myć ręce oraz, że ślimak to ryba... Wydawać więc by się mogło, że już nic nas nie potrafi zaskoczyć. A jednak! Po kolejny absurd sięga tym razem fiskus, który szykuje nalot na kieszonkowe kelnerów. Otóż nasza "skarbówka" wpadła na genialny pomysł opodatkowania braci kelnerskiej, bowiem ta nie płacąc żadnego podatku kasuje nieraz dwie, a nawet trzy dodatkowe pensje z napiwków. Jak słyszałem, ma to być prawdopodobnie ryczałt, chyba że nakaże się kelnerom i kelnerkom przychodzić do pracy z własną kasą fiskalną. Czyż to nie absurd?
Nie pierwszy i nie ostatni. Z drugiej strony, toż to przecież szara strefa, z którą ponoć tak wszyscy walczymy. Ciekawi tylko fakt, jak fiskus przystąpi do egzekwowania wpłat na jego konto oraz jakie wprowadzi stawki? Może się bowiem zdarzyć, że kelnerowi przyjdzie jeszcze dołożyć do tego interesu. Dobry kelner w dobrej restauracji zarobi dwa, a nawet trzy razy tyle ile wynosi jego podstawowa pensja. Właściciele restauracji doskonale orientują się w wysokości napiwków jakie goście zostawiają w ich lokalach i nie mają zamiaru jeszcze bardziej zawyżać poborów swoich pracowników. Dlatego podstawowe wynagrodzenia w restauracjach nie są zbyt wysokie. Z pewnością jednak wiedzą tą nie będą chcieli podzielić się z fiskusem, który sam musi rozstrzygnąć ten dylemat.
– Gdybym w miesiącu nie wyciągnął 2-3 tysięcy złotych, to już dawno wycofałbym się z tego interesu – twierdzi Mariusz pracujący od ponad 6 lat w jednej z warszawskich restauracji.
– Moja pensja jest tak licha, że gdyby nie napiwki, na których zarabiam kilkakrotnie więcej, już dawno zwolniłabym się z tej pracy - powiedziała Joanna pracująca w podwarszawskim zajeździe.
Praca kelnera jest intratnym zajęciem, ale tylko w dobrych i akurat modnych restauracjach, które zdążyły zapracować na odpowiednią renomę. We wszelkiego rodzaju pubach, ogródkach piwnych czy też przydrożnych barach, obsługa o napiwkach może tylko pomarzyć. Trzeba jednak przyznać, że takie miejsca są doskonałą okazją do zdobywania niezbędnego doświadczenia w tym zawodzie.
Kuba jest studentem i w branży pracuje już od kilku lat. Zaczynał podobnie jak inni. W barze. Tam też pobierał nauki jako kelner. Z czasem, przechodząc kolejne szczeble kelnerskiej hierarchii, awansował na kelnera do jednej z lepszych restauracji, w której z samych napiwków wyciągał 3-5 tysięcy złotych w zależności od okoliczności. Kiedy skończył studia, dyplom schował głęboko w szafie i nadal kelnerował. – Pieniądze jakie mi oferowano za pracę w zawodzie były tak śmieszne, że zrezygnowałem i postanowiłem nadal pracować w restauracji. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas – stwierdził. Ciekaw jestem jak wybrnie z tej sytuacji fiskus?
Biznes po polsku
Prowadzenie własnego biznesu w Polsce to naprawdę karkołomne zadanie. Wiele osób decyduje się jednak na tego rodzaju samozatrudnienie, ponieważ często nie ma innego wyjścia. Wiadomo jaki w naszym kraju jest rynek pracy – wymagający i kapryśny. Niejednokrotnie decyzja o założeniu własnej działalności gospodarczej jest jedyną z możliwych, która zapewnia uzyskanie zatrudnienia. Wiadomo też, że na rozkręcenie własnego interesu potrzebny jest kapitał. Jeżeli osoba decydująca się na prowadzenie własnej działalności gospodarczej posiada status osoby bezrobotnej, może liczyć na wsparcie ze strony urzędu pracy. Nie są to wprawdzie duże pieniądze, ale jednak są. W przypadku braku własnego kapitału, pozostaje jeszcze szukanie pomocy finansowej w bankach lub funduszach unijnych. Kto próbował, ten wie, że banki raczej nie palą się do kredytowania rodzimych firm, nie mówiąc już o dopiero rozkręcających swój biznes początkujących przedsiębiorcach. Niestety specjalne programy rządowe oraz fundusze strukturalne także nie spełniają oczekiwań polskich przedsiębiorców i skazują na jeszcze większą niż w przypadku banków biurokrację, do której Polacy powinni się już przyzwyczaić. Przepraszam, ja do tej pory jakoś nie mogę. Tymczasem do końca roku z gospodarczej mapy Polski zniknie ponad 2000 firm.
– Oczywiście programy rządowe w jakiś sposób funkcjonują i wspierają polską przedsiębiorczość. Pomoc można też uzyskać z programów unijnych, na przykład pisząc dobre projekty. Problem tylko w tym, że w jednym i drugim przypadku przepisy są zbyt skomplikowane i najczęściej oderwane od rzeczywistości. Szczególnie trudno korzysta się z pieniędzy unijnych, ponieważ obowiązujące procedury, wykorzystywanie tych środków oraz rozliczenie się z nich to mistrzostwa świata w wykonaniu Brukseli – twierdzi jeden z przedsiębiorców.
Nie tylko to komplikuje życie polskim przedsiębiorcom. Jak się okazuje, nie wolno też być za bardzo przedsiębiorczym. Może się to nie spodobać konkurencji bądź „pewnym osobom”, które natychmiast uruchamiają całą machinę systemu ścigania przestępstw gospodarczych. Gorzej, jeśli ich pomysłowość sięga znacznie dalej i lubią załatwiać te sprawy niekonwencjonalnie, np. w stylu panów z podwarszawskich miejscowości.
Informacje, jakie nie tak dawno temu przekazała Rzeczpospolita, są najlepszym przykładem na to, jak można zniszczyć firmę oraz ich właścicieli nie mając ku temu najmniejszych powodów (czyt. dowodów). Otóż cztery lata temu właścicielom poznańskiej firmy Bestcom prokuratura postawiła zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, pranie brudnych pieniędzy oraz fikcyjnego sprowadzania sprzętu elektronicznego i fałszowania faktur. Właściciele firmy trafili do aresztu, a firma upadła. Interweniujący w tej sprawie rzecznik praw obywatelskich doprowadził do wszczęcia kontroli tego śledztwa. Wtedy okazało się, że organy ścigania nie miały ani dowodów, ani żadnych podstaw do stawiania takich zarzutów oraz zatrzymania właścicieli Bestcomu. Do akcji wkroczyła także Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która domagała się od prokuratora generalnego wyjaśnienia tej sprawy. Jaki będzie jej finał, nikt na razie nie wie, chociaż udowodniono już, że zarzuty wobec przedsiębiorców były nieuzasadnione. Póki co, jedynym faktem w chwili obecnej jest nieuzasadniona odsiadka właścicieli poznańskiej firmy oraz upadek Bestcomu. Kto za to zapłaci?
Zanim skopiują Ci kartę
Skimming, czyli nielegalne kopiowanie danych z paska magnetycznego kart bankowych, jest powszechnie znanym procederem, a mimo to nadal często się zdarza i nas zaskakuje. Skimmerzy, na podstawie uzyskanych w nielegalny sposób danych czyszczą konta posiadaczom kart. Ofiarami skimmingu możemy stać się wszędzie, na przykład korzystając z bankomatu, płacąc za hotel czy też rachunki w sklepie lub restauracji. - Gdy dojdzie do wycieku danych lub skopiowania karty, odpowiedzialność za nieuprawnione operacje ponosi bank lub wydawca karty, z wyjątkiem świadomego udostępnienia danych przez klienta. Istnieje też możliwość odbioru zastępczej karty w wyznaczonej placówce bankowej poza granicami naszego kraju - powiedział przedstawiciel PKO BP.
Dobrych rad nigdy za wiele. Pomimo że jest to prawda ogólnie znana, nie zaszkodzi jeszcze raz powrócić do tematu. Mianowicie do tego, czy na wyjazd zagraniczny lepiej brać gotówkę czy karty kredytowe oraz jak powinniśmy się zachować w przypadku kradzieży karty i wyczyszczenia naszego konta. Jest to problem, nad którym zastanawiają się tysiące Polaków w przeddzień zagranicznego wyjazdu. Wszak sezon w pełni i chociaż wielu naszych rodaków już powróciło z urlopu, wielu innych dopiero szykuje się do zagranicznych wojaży. Oczywista wydaje się być niechęć do zabierania większej ilości gotówki, gdyż nawet jeśli sami jej nie zgubimy, zawsze istnieje możliwość, że znajdą się tubylcy, którzy chętnie nam w tym pomogą. Liczyć tu można jedynie na religijność w krajach muzułmańskich. Tamtejsi drobni złodziejaszkowie nawet jeśli przywłaszczą sobie zawartość naszego portfela, zawsze zostawią coś na pocieszenie.
W cywilizowanej Europie najlepiej korzystać z kart bankowych. Pamiętajmy jednak, aby podczas płacenia kartą zawsze ją mieć na oku. Nawet jeśli terminal znajduje się na zapleczu, dla bezpieczeństwa własnych pieniędzy, powinniśmy udać się tam z obsługą i mieć kartę pod stałą kontrolą. Może się jednak zdarzyć, że nie ustrzeżemy się sklonowania karty przez przestępców i stracimy nasze pieniądze. Co wówczas? Jeżeli stwierdzimy, że nasze konto bankowe zostało wyczyszczone, należy bezzwłocznie skontaktować się z bankiem lub instytucją, która kartę wydała. Centrum autoryzacji kart czynne jest przez 24 godziny na dobę, natomiast numer do niego napisany jest na odwrocie karty. Dlatego też warto sobie ten numer wcześniej zapisać w notesie. Gorzej jeśli złodzieje także i go nie oszczędzą. Przydatne może być też posiadanie dwóch kart działających w różnych systemach np. Visa i MasterCard. Nie zaszkodzi również zaopatrzyć się w kartę wypukłą, która umożliwia awaryjne wydanie gotówki. W awaryjnej sytuacji będzie to nasza ostatnia deska ratunku, więc warto naprawdę głęboko ją schować. Nie polecam jednak brania przykładu z przemytników wykorzystujących do ukrywania różnych przedmiotów niepolityczne strefy ciała. Zdaję sobie sprawę, jak niewiele bezpiecznych miejsc może znaleźć podróżny, ale nie możemy popadać w paranoję. Przecież to tylko pieniądze.


