Absurd i paranoja!
Z systemem służby zdrowia w naszym kraju jest tak samo jak z systemem emerytalnym. Stale ktoś przy nim majstruje, tylko efektów nie widać. Mało tego, zapaść naszej publicznej służby zdrowia stale się pogłębia i tylko gruntowne zmiany systemowe, a nie doraźna reanimacja, mogą przynieść jakiś skutek.
Jedyna różnica pomiędzy polskimi emerytami /zarówno tymi, co już przebywają na emeryturach oraz tymi przyszłymi/ a pracownikami służby zdrowia jest taka, że ci drudzy walczą o swoje prawa na ulicy, odchodzą od łóżek chorych i robią publiczne głodówki. Emeryci nie mają na to sił, ponieważ tak ich leczy polski, skostniały system medyczny.
"Przyszli emeryci" mogliby im pomóc, ale niestety nie są aż tak dobrze zorganizowani. Lekarze wywalczyli sobie całkiem niezłe kontrakty, nieco mniej osiągnęły pielęgniarki oraz personel pomocniczy, ale i tak z płacami nie jest już najgorzej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę obsługę, jaką pacjent ma w publicznych szpitalach czy przychodniach. Te jednak z powodu braków środków zaczynają być zamykane. Ostatnio na przykład przestał przyjmować pacjentów jeden z wrocławskich szpitali, co jest już zupełnie nie do przyjęcia. Na upartego można to zrozumieć, jest to bowiem system publiczny. Mniej mam zrozumienia dla niepublicznych przychodni lekarzy rodzinnych, w których też trzeba zapisywać się do rodzinnego na dwa trzy dni wcześniej przed wizytą...
Jest jeszcze inna smutna prawda, wywalczenie przez lekarzy zupełnie przyzwoitych warunków płacowych, niestety nie idzie w parze z ich fachowością. Co gorsza - nie chce im się pracować w systemie NFZ-owskim. Najlepiej natomiast pracuje się im prywatnie. Tylko tam czeszą prawdziwą kasę. Na przykład wizyta u podrzędnego lekarza specjalisty w niewielkim mieście powiatowym to wydatek rzędu 80 złotych. Niedouczony lekarz psychiatra bez praktyki kliniczno-szpitalnej, przyjmujący od przypadku do przypadku w przychodni, ale za to w dużym mieście wojewódzkim każe sobie zapłacić za prywatną wizytę 120 złotych. Za wizytę w większym mieście u specjalisty ze stopniem naukowym trzeba zapłacić 100-120 złotych - często nawet więcej - a wizyta u profesora dochodzi do 150 złotych. Jeżeli chodzi o zdrowie pacjent zrobi wszystko, nawet się zapożyczy. Problem tylko w tym, że z tą fachowością panów doktorów i profesorów również jest różnie.
Spirala absurdu zaczyna się niebezpiecznie nakręcać. Tymczasem publiczna służba zdrowia leży na obu łopatkach. Prawda jest taka, że Narodowy Fundusz Zdrowia albo nie ma wystarczającej puli pieniędzy, albo jest niemobilny i źle zarządzany. W jednostkach publicznych służby zdrowia kończą się pieniądze i pacjenci nie są już przyjmowani, a do przychodni niepublicznych zostają tylko przyjmowani pacjenci spoza NFZ-owskiej obsługi. Spirala paranoi nadal się nakręca. Może więc ma racje minister Kopacz, że myśli o wprowadzeniu konkurencji dla NFZ, czyli prywatnych firm ubezpieczeniowych?
Drażliwy temat
Właśnie wyczytałem w jednej z gazet informację na temat odpłatnych usług duszpasterskich w szpitalach. Zawsze sądziłem, że księża, którzy spowiadają chorych oraz służą ostatnim namaszczeniem, robią to z związanego z wiarą altruizmu, natomiast brzęcząca mamona jest tylko /do/datkiem do ich pracy.
A więc i na utrzymanie kapelana dyrekcja szpitala musi znaleźć pieniądze, ponieważ kapelani w szpitalach są na etatach. A przecież wiadomo w jakich tarapatach finansowych znajdują się nasze szpitale. Dowiaduję się też, że nie są to małe pieniądze, praca księdza bowiem wyceniana jest na poziomie tej, którą otrzymuje pielęgniarka oddziałowa czy technik dentystyczny. Nie wiem, czy problem ten zainteresuje Alert Finansowy, ale jeżeli są poruszane sprawy finansowe to nie powinniśmy się koncentrować jedynie na kredytach lokatach czy też przeróżnych rankingach i zestawieniach najlepszych produktów, i usług bankowych.
Sprawa finansów publicznych jest sprawą wszystkich Polaków, ponieważ to oni płacą podatki i chcieliby wiedzieć na co wydawane są ich pieniądze. Może nie jest to afera na miarę komisji majątkowej. Może w ogóle nie jest to afera. Ale powinno się nagłaśniać takie sprawy. Z wypowiedzi Marka Balickiego, byłego ministra zdrowia, a obecnego dyrektora Szpitala Wolskiego w Warszawie wynika, że dla świętego spokoju nie zamierza on nic z tym fantem zrobić, ponieważ wie, jak takie usługi są ważne dla pacjentów.
Ważniejsze wydają się jednak finanse szpitali. Zadłużone, stojące niekiedy na skraju bankructwa placówki służby zdrowia nie potrafią związać końca z końcem. Z pewnością ich dyrektorzy niewiele mogą w tej sprawie zrobić, ponieważ opłaty dla duszpasterzy prawdopodobnie reguluje umowa konkordatowa. Skoro jednak szpital płaci, to dlaczego obowiązki kapelanom określa diecezja?
Wiem jedno, że w relacjach państwa z Kościołem jest wiele spraw nie do końca jasnych. Najczęściej dla rządu są to sprawy bardzo delikatne i drażliwe. Ale nie zapominajmy, że Polska jest państwem świeckim, że liczy się przede wszystkim dobro i interes jego obywateli, którzy niekoniecznie są katolikami. Dlatego, mimo, iż rzeczywiście jest to temat nad wyraz drażliwy trzeba o takich problemach mówić.
Mieliśmy być druga Japonią
Karty płatnicze, które już od wielu lat królują na naszym rynku bankowym, pod względem ich zabezpieczeń przed oszustami bankowymi, są niemal klasycznym przykładem siermiężnego podejścia do tego tematu. Rozszyfrowanie paska magnetycznego, najczęściej jedynego zabezpieczenia kart oferowanych przez nasze banki, to dla skimmera mały pikuś.
Mamy bardzo bogaty w oferty rynek kart kredytowych. Niestety z szeroką ofertą nie idzie w parze zabezpieczenie kart przed przestępcami, włamującymi się do naszych kont. Od kart z paskiem magnetycznym o wiele bardziej bezpieczna jest karta chipowa z wtopionym mikroprocesorem. Niestety na naszym rynku pojawia się zbyt rzadko, nie mówiąc już o podwójnym zabezpieczeniu karty paskiem magnetycznym oraz mikroprocesorem.
Weźmy na przykład karty Organizacji JCB, czyli karty z systemu Japan Credit Bureau. Są to jedne z najlepiej zabezpieczonych kart kredytowych na świecie. Japończycy są w ogóle mistrzami zabezpieczeń. Do nich też należy system zabezpieczenia radiometrycznego, czyli skanowania linii papilarnych palca. System ten nawiasem mówiąc wprowadzany jest przez BPS oraz mniejsze banki spółdzielcze w naszym kraju. Czyli jeżeli się chce, to można się postarać o profesjonalne zabezpieczenie interesów swoich klientów. Dziwi tylko, że taką decyzję podjął jedynie BPS. Co na to pozostałe, zdecydowanie większe banki? Wracając do kart typu JCB, to z pewnością dla klientów polskich banków jest to czarna magia, a naprawdę warto się z nimi zapoznać. Szkoda tylko, że póki co w 99 procentach ich posiadaczami są Japończycy.
W 1981 roku organizacja JBC rozpoczęła działalność poza terenem Japonii. Obecnie wystawiane przez tę organizację karty JCB akceptowane są w prawie 4 milionach punktów sprzedaży w ponad 140 krajach całego świata. Czy również w Polsce? W Europie pierwsze karty JCB wydane zostały w 1990 roku. W Polsce prawdopodobnie nie wydana została jeszcze ani jedna tego typu karta płatnicza. Dlaczego piszę właśnie o kartach JCB? Ponieważ inne organizacje i banki powinny wreszcie wziąć przykład z Japończyków i podobnie zacząć zabezpieczać swoje karty płatnicze. Jako ciekawostkę mogę podać, że na awersie karty JCB znajdują się: emblemat i hologram składających się z białych liter jcb znajdujący się na trzech paskach w kolorach niebieskim, czerwonym i zielonym. Następnie szesnastocyfrowy numer karty zawsze zaczynający się od numeru 35, data ważności karty, nazwa jcb, a jeżeli jest to złota karta jest również litera "G". Natomiast na rewersie karty jcb umieszczono: czarny pasek magnetyczny z zakodowanymi informacjami, biały pasek do podpisu właściciela karty oraz dodatkowe informacje. Tak wygląda jedna z najlepiej zabezpieczonych kart płatniczych, które niestety w Polsce ponoć nie są wydawane.
Tymczasem na naszym rynku kart płatniczych buszują złodzieje i czyszczą nasze konta. Niestety najczęściej dowiadujemy się o tym dopiero wtedy, kiedy mamy zamiar wypłacić z konta gotówkę.
Zły system a może brak profesjonalizmu?
Kiedy tak z boku przyglądam się temu co ze swoimi klientami wyprawiają banki, to zastanawiam się skąd jeszcze mają tylu klientów. Z pewnością jedynym możliwym wytłumaczeniem jest potrzeba korzystania z usług bankowych bez względu na to jaki prezentują poziom obsługi oraz co proponują swoim klientom. Wydaje się też, że banki zapominają o konkurencji.
Nie tak dawno przeczytałem na jednym z for bankowych o praktykach jakie stosuje bank Millennium. Problem dotyczy kredytów hipotecznych. Nie wiem, czy był to odosobniony przypadek, ale niezwykle naganny. Sprawa dotyczyła wypłaty transz kredytu, a właściwie poślizgu terminowego. Kredytobiorca, piszący na ten temat, był zobligowany umową z deweloperem i musiał w określonym terminie wpłacać pieniądze. W przeciwnym razie deweloper mógł odstąpić od umowy. Tymczasem bank ociągał się z wypłatą kolejnych transz.
Inna sprawa dotyczy umowy wstępnej. Moim zdaniem bank, który wstępnie wyraża zgodę na kredyt hipoteczny, powinien kredyt taki przyznać. Ma on dostatecznie dużo czasu na to, aby dokładnie prześwietlić klienta. Tymczasem - jak napisał jeden z kredytobiorców - bank w ostatnim momencie odmówił wypłaty obiecanego kredytu, nie zważając uwagi na to, że klient wcześniej podpisał umowę z deweloperem. Oczywiście wina jest po stronie klienta, który powinien jednak poczekać na ostateczna wersje umowy z bankiem. Ale moim zdaniem bank również zawinił, dając niepotrzebną nadzieję klientowi.
I sprawa z ostatnich dni. Na forum kredytowym jeden z klientów banku Millennium napisał, że podpisał właśnie umowę na kredyt mieszkaniowy, ale później doszedł do wniosku, że kwota kredytu jest zdecydowanie za wysoka i postanowił napisać nowy wniosek, zmieniając kwotę na mniejszą.
Przy kompletowaniu dokumentów na kredyt mieszkaniowy niezbędna jest dokonana przez bank wycena nieruchomości. Piszący na forum kredytowym klient, zapłacił bankowi za tę wycenę 480 złotych, ale kiedy postanowił wystąpić z wnioskiem o mniejszą kwotę kredytu okazało się, że musi jeszcze raz zapłacić za tę samą wycenę. Dopiero po interwencji oraz udokumentowaniu, że wycena nieruchomości jest ważna przez rok (a później rzeczoznawca może ją nawet aktualizować) bank Millennium odstąpił od pobrania dodatkowej opłaty.
Ten klient znał się na procedurach, więc nie zapłacił, a ile kredytobiorców się nie zna? Podobne przykłady można mnożyć, dlatego zastanawiam się, czy w banku Millennium szwankuje przepływ informacji, czy może bank ten ma niedouczona kadrę? Nie ma to oczywiście żadnego znaczenia, bowiem i w jednym, i w drugim przypadku, to bank ponosi odpowiedzialność za niesprawnie funkcjonujący system bankowy oraz kadrę jaką zatrudnia. Tylko dlaczego na tym wszystkim ma cierpieć klient?


