16mar/117

Dobry zwyczaj nie pożyczaj

O tym, że jesteśmy uzależnieni od kredytów wiemy od dawna i nie wymaga to chyba szerszego uzasadniania. Istnieje twierdzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. To prawda, problem tylko w tym, że bez pieniędzy jest jeszcze gorzej. Tym bardziej, że sytuacja wielu polskich rodzin znacznie się pogorszyła i często kredyt jest jedynym rozwiązaniem dla zdesperowanych ludzi. Wprawdzie o kredyty jest teraz o wiele trudniej niż jeszcze dwa czy trzy lata temu, ale można je otrzymać. Jeżeli nie w bankach to w firmach zajmujących się pożyczaniem pieniędzy. Trzeba tylko uważać i czytać umowy - oczywiście przed jej podpisaniem. Ostatnio głośno zrobiło się o firmie Mariusza Tierlinga z Poznania, który pożycza pieniądze, najczęściej pod zastaw mieszkania. To znaczy osoba decydująca się na pożyczkę musiała notarialnie przepisać na Mariusza Tierlinga mieszkanie. Po spłacie pożyczki wszystko wracało do normy. Jest to jakieś rozwiązanie dla tych, którzy mają pieniądze na spłatę zaciągniętej pożyczki. Na przykład jeden z mieszkańców Bydgoszczy opisuje swoją sytuację, kiedy wpadli z żoną w pułapkę kredytową i tylko czekali na komornika oraz eksmisję z mieszkania. Pomógł im wyjść na prostą właśnie Mariusz Tierling, u którego pożyczyli pieniądze. Dzięki temu udało im się spłacić kredyty bankowe, regularnie też spłacają miesięczne raty w firmie pożyczkowej.

Co jednak stanie się kiedy stracą taką możliwość? Taką właśnie sytuację ma mieszkanka Poznania, kolejna klientka Mariusza Tierlinga. Również zastawiła swoje mieszkanie za pożyczkę w wysokości aż 100 000 złotych. Od ponad pół roku nie spłaca tego kredytu twierdząc, że może jakoś to będzie. Poza tym stara się przekonać wszystkich wkoło, że nie wiedziała co podpisuje u notariusza. Oczywiście takie tłumaczenie nic nie daje i prawdopodobnie straci swoje mieszkanie, tak jak straciła jedna z mieszkanek Szczecina. Nie tak dawno było dość głośno o tym przypadku, z tą tylko różnicą, że Szczecinianka pożyczyła 10 000 złotych, a mieszkanie było warte 100 000 złotych. Decydując się na jakąkolwiek pożyczkę pamiętajmy, że: umowy czytamy przed ich podpisaniem, nie pożyczamy pieniędzy w nieznanych nam firmach i nigdy nie zastawiamy mieszkania.

Wszystkich zainteresowanych tym tematem odsyłamy do tekstu: "Pożyczki dla zdesperowanych" zamieszczonego w onet.pl Biznes.

8gru/105

Świąteczny hit – Xbox Kinect

Trwa szał świątecznych zakupów, dla dzieci najważniejsze są oczywiście prezenty pod choinkę. Dorośli mają mniej problemów z wyborem dla siebie upominków świątecznych, gorzej jest z zakupem prezentu dla najmłodszych uczestników wigilijnej wieczerzy. Kiedyś najodpowiedniejszym prezentem pod choinkę były książki, farby, kredki czy też jakaś nieskomplikowana zabawka, teraz dzieci są już bardziej wymagające i byle czym nie da się ich zbyć. Najczęściej oczekują na przeróżnego rodzaju gadżety elektroniczne poczynając od przenośnych komputerów, na telefonach komórkowych oraz najnowszej generacji grach komputerowych kończąc.

Tegorocznym hitem świątecznym ma być ponoć Xbox Kinect. W niecały miesiąc Microsoft sprzedał ponad 2,5 mln sztuk Xbox Kinect, wystarczy tylko zakupić konsolę do gier komputerowych wykorzystujące technologie Kinect i znaleźć się w zupełnie nie znanym nam dotychczas wirtualnym świecie. Microsoft przewiduje, że w okresie przedświątecznym na upominki pod choinkę sprzeda wiele milionów takich konsol, które mają szansę stać się tegorocznym świątecznym hitem. "Jesteśmy przekonani, że konsole Kinect staną się jednym z najpopularniejszych prezentów na tegoroczne święta. Nie bez powodu poleciliśmy ostatnio konsolę Xbox 360 z technologią Kinect jako jeden z najlepszych prezentów świątecznych. Nie jest może idealna, ale dzięki niej możemy sprawić, że cały pokój będzie skakał i ruszał się.

Kilku moich niegrających przyjaciół spędziło mnóstwo czasu przy ostatnio kupionej konsoli" - powiedział wiceprezes ds. sprzedaży firmy Target. W Polsce również można takie konsole Xbox 360 już nabyć, a oficjalna inauguracja usługi sieciowej Xbox LIVE, odbyła się na początku listopada, będąca także europejską premierą kontrolera ruchowego Mocrosoft Kinect. Nie wdając się w szczegóły techniczne można tylko jeszcze dodać, że gry w tym systemie odbiera się w technologii 3D. Jednocześnie trzeba uczciwie klientów przestrzec, że konsole są drogim prezentem, a roczny abonament Xbox LIVE to wydatek rzędu 230 złotych rocznie. Miesięczna rata wynosi w tym przypadku 29 złotych. I jeszcze jedno. Jak czytamy w informacji na ten temat usługa Kinect to nie tylko gry komputerowe, bowiem za pomocą konsoli Xbox 360 można już na przykład oglądać bibliotekę utworów muzycznych. Wreszcie ostatnia informacja dotycząca cen.

Ci co mają już konsolę Xbox 360 za kamerę Kinect oraz grę "Kinect Adventures" zapłacą w granicach 650 złotych, ale ci, którzy zechcą zakupić cały komplet muszą wyłożyć już prawie 1300 złotych. Nie jest to więc tani prezent pod choinkę, ale naprawdę warto go kupić.

17lis/102

Bankowy raj…

Kiedy przeczytałem w Pasażu Finansowym Interii, że zdaniem "Gazety Bankowej" banki zgotowały swoim klientom raj na ziemi po prostu mnie cos trafilo. Ale po kolei. Artykuł brzmiał, że w historii polskiej bankowości jeszcze nigdy klienci detaliczni nie byli tak rozpieszczani, jak obecnie. Banki płacą im za założenie konta, załatwiają zniżki przy zakupie niektórych towarów. I dopłacają za każdym razem, jeśli klient skorzysta z ich bankomatu. Tradycyjne konta są bardzo tanie, bądź nawet darmowe - koniec cytatu.

Wszyscy doskonale wiemy, że banki nie były, nie są i nigdy nie będą miały żadnych odruchów altruistycznych. Wprost przeciwnie! Nadal tak sterują swoją działalnością, aby jak najwięcej wyciągnąć z tego biznesu. I nie musi nas nikt przekonywać o edenie bankowym, ponieważ taka gloryfikacja banków nie jest potrzebna ani klientom, ani bankom.

Ale skoro "GB" wywołała już ten temat, to przypomnę tylko kilka faktów. Po pierwsze w bankach nigdy nie było tanich oraz darmowych produktów i usług. Kredyty bankowe nie tylko są drogie, ale także banki manipulują przy nich. A konkretnie przy ustawie antylichwiarskiej, którą banki nauczyły się w mistrzowski sposób omijać - między innymi poprzez podniesienie opłat bankowych, prowizji, marży oraz nakazu ubezpieczania kredytu obojętnie w jakiej formie to się odbywa. Tym samym rzeczywisty koszt kredytu rośnie do 50 i nawet więcej procent.

No i tak reklamowane darmowe konta. Nie było, nie ma i z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że nigdy nie będzie, żadnych kont darmowych. Jeżeli nawet banki nie pobierają w tej chwili opłat za otwarcie /jakie dopłaty?/ i prowadzenie konta, to każą sobie nieźle płacić za przelewy, zlecenia stałe i usługi dodatkowe, które też coraz częściej są klientom proponowane. Za - jak to "GB" napisała - operacje bankowe na koncie z wykorzystaniem internetu, banki płacą klientom złotówkę. Przede wszystkim nie wszystkie banki.

Tak naprawdę usługi i produkty bankowe ciągle drożeją, a to, że bank jedną ręką dopłaca do naszych kont i na dodatek skrupulatnie to wylicza, to drugą ręką zabiera dwa razy tyle. Ot i cała filozofia bankowego raju. I jeszcze jedno. Reklama darmowych kont może wyjść bankom bokiem, tak jak już wyszła przy reklamie darmowych kart kredytowych oraz reklamie lokat przez PKO BP oraz Lukas Bank. A więc niech banki oraz ich ramię prasowe "GB" przestaną już nas epatować określeniami typu: "darmowe konto", "darmowe karty kredytowe", "tanie kredyty" i "bankowy raj". Mamy już tego dosyć.

12lis/103

Nie trujcie nam dzieci!

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie artykuł, ktory ostatnio ukazał się w internecie. Dotyczył praktyk stosowanych przez sieci fast food, których klientami najczęściej są nasze dzieci. Takie "zdrowe żywienie" fundują też naszym dzieciakom szkolne sklepiki oraz wszelkiej maści placówki małej gastronomii w pobliżu szkół

Najogólniej rzecz ujmując, nasze dzieci swoje kieszonkowe wydają na hamburgery, hot dogi, frytki, chipsy i słodycze. Nie muszę przy tym nikogo przekonywać, że jest to bardzo niezdrowa żywność, a jednak ktoś wydaje pozwolenia na prowadzenie takiej działalności na terenie szkół lub w ich pobliżu wydaje. Zastanawiam się też, czy ktoś kontroluje te placówki, bo głowę dam, że ich właściciele nie przestrzegają przepisów i wciskają często dzieciakom przeterminowany towar, bądź nie zgodny z recepturami.

W Stanach Zjednoczonych w ramach programu działającego przeciwko otyłości wśród dzieci przeprowadzono badania dziecięcych posiłków. Wyniki są zatrważające! Na 3000 kombinacji posiłków tylko... 12 spełniało wytyczne żywieniowe. Mam prawo przypuszczać, że w naszym pięknym kraju nad Wisłą jest jeszcze gorzej.

W 2009 roku branża fast food wydała na reklamę ponad 4 miliardy dolarów, nic więc dziwnego, że tego rodzaju placówki są tak popularne również w  Polsce. Proszę tylko sprawdzić jakąkolwiek placówkę McDonald, a można przekonać się, że najczęściej można w nich spotkać przede wszystkim dzieci oraz młodzież. Stanowczo protestują przeciwko wprowadzaniu dzieci do punktów McDonald przez nauczycieli. Głównym punktem niemal każdej wycieczki szkolnej jest wizyta w takim w McDonald. Niewątpliwą zachętą odwiedzania tych restauracji przez dzieci są zabawki, które otrzymują w nagrodę za skorzystanie z propozycji żywieniowej.

Po przeprowadzonych kontrolach restauracje tego typu mają obowiązek, aby do  swojej oferty żywieniowej wprowadzać również owoce i warzywa. Tylko czy to coś zmieni? Chicken  McNuggets oraz frytki nadal będą ociekać tłuszczem, mimo. No i nie są to produkty tanie, a przynajmniej nie na uczniowska kieszeń. Wiadomo jednak, że nie o pieniądze nam rodzicom chodzi, a o zdrowie naszych dzieci. Mamy wpływ na to, co jedzą w domu, ale nie mamy wpływu na to co jedzą w szkolach i na wycieczkach.

.

25paź/100

Absurd i paranoja!

Z systemem służby zdrowia w naszym kraju jest tak samo jak z systemem emerytalnym. Stale ktoś przy nim majstruje, tylko efektów nie widać. Mało tego, zapaść naszej publicznej służby zdrowia stale się pogłębia i tylko gruntowne zmiany systemowe, a nie doraźna reanimacja, mogą przynieść jakiś skutek.

Jedyna różnica pomiędzy polskimi emerytami /zarówno tymi, co już przebywają na emeryturach oraz tymi przyszłymi/ a pracownikami służby zdrowia jest taka, że ci drudzy walczą o swoje prawa na ulicy, odchodzą od łóżek chorych i robią publiczne głodówki. Emeryci nie mają na to sił, ponieważ tak ich leczy polski, skostniały system medyczny.

"Przyszli emeryci" mogliby im pomóc, ale niestety nie są aż tak dobrze zorganizowani. Lekarze wywalczyli sobie całkiem niezłe kontrakty, nieco mniej osiągnęły pielęgniarki oraz personel pomocniczy, ale i tak z płacami nie jest już najgorzej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę obsługę, jaką pacjent ma w publicznych szpitalach czy przychodniach. Te jednak z powodu braków środków zaczynają być zamykane. Ostatnio na przykład przestał przyjmować pacjentów jeden z wrocławskich szpitali, co jest już zupełnie nie do przyjęcia. Na upartego można to zrozumieć, jest to bowiem system publiczny. Mniej mam zrozumienia dla niepublicznych przychodni lekarzy rodzinnych, w których też trzeba zapisywać się do rodzinnego na dwa trzy dni wcześniej przed wizytą...

Jest jeszcze inna smutna prawda, wywalczenie przez lekarzy zupełnie przyzwoitych warunków płacowych, niestety nie idzie w parze z ich fachowością. Co gorsza - nie chce im się pracować w systemie NFZ-owskim. Najlepiej natomiast pracuje się im prywatnie. Tylko tam czeszą prawdziwą kasę. Na przykład wizyta u podrzędnego lekarza specjalisty w niewielkim mieście powiatowym to wydatek rzędu 80 złotych. Niedouczony lekarz psychiatra bez praktyki kliniczno-szpitalnej, przyjmujący od przypadku do przypadku w przychodni, ale za to w dużym mieście wojewódzkim każe sobie zapłacić za prywatną wizytę 120 złotych. Za wizytę w większym mieście u specjalisty ze stopniem naukowym trzeba zapłacić 100-120 złotych - często nawet więcej - a wizyta u profesora dochodzi do 150 złotych. Jeżeli chodzi o zdrowie pacjent zrobi wszystko, nawet się zapożyczy. Problem tylko w tym, że z tą fachowością panów doktorów i profesorów również jest różnie.

Spirala absurdu zaczyna się niebezpiecznie nakręcać. Tymczasem publiczna służba zdrowia leży na obu łopatkach. Prawda jest taka, że Narodowy Fundusz Zdrowia albo nie ma wystarczającej puli pieniędzy, albo jest niemobilny i źle zarządzany. W jednostkach publicznych służby zdrowia kończą się pieniądze i pacjenci nie są już przyjmowani, a do przychodni niepublicznych zostają tylko przyjmowani pacjenci spoza NFZ-owskiej obsługi. Spirala paranoi nadal się nakręca. Może więc ma racje minister Kopacz, że myśli o wprowadzeniu konkurencji dla NFZ, czyli prywatnych firm ubezpieczeniowych?

22paź/100

Drażliwy temat

Właśnie wyczytałem w jednej z gazet informację na temat odpłatnych usług duszpasterskich w szpitalach. Zawsze sądziłem, że księża, którzy spowiadają chorych oraz służą ostatnim namaszczeniem, robią to z związanego z wiarą altruizmu, natomiast brzęcząca mamona jest tylko /do/datkiem do ich pracy.

A więc i na utrzymanie kapelana dyrekcja szpitala musi znaleźć pieniądze, ponieważ kapelani w szpitalach są na etatach. A przecież wiadomo w jakich tarapatach finansowych znajdują się nasze szpitale. Dowiaduję się też, że nie są to małe pieniądze, praca księdza bowiem wyceniana jest na poziomie tej, którą otrzymuje pielęgniarka oddziałowa czy technik dentystyczny. Nie wiem, czy problem ten zainteresuje Alert Finansowy, ale jeżeli są poruszane sprawy finansowe to nie powinniśmy się koncentrować jedynie na kredytach lokatach czy też przeróżnych rankingach i zestawieniach najlepszych produktów, i usług bankowych.

Sprawa finansów publicznych jest sprawą wszystkich Polaków, ponieważ to oni płacą podatki i chcieliby wiedzieć na co wydawane są ich pieniądze. Może nie jest to afera na miarę komisji majątkowej. Może w ogóle nie jest to afera. Ale powinno się nagłaśniać takie sprawy. Z wypowiedzi Marka Balickiego, byłego ministra zdrowia, a obecnego dyrektora Szpitala Wolskiego w Warszawie wynika, że dla świętego spokoju nie zamierza on nic z tym fantem zrobić, ponieważ wie, jak takie usługi są ważne dla pacjentów.

Ważniejsze wydają się jednak finanse szpitali. Zadłużone, stojące niekiedy na skraju bankructwa placówki służby zdrowia nie potrafią związać końca z końcem. Z pewnością ich dyrektorzy niewiele mogą w tej sprawie zrobić, ponieważ opłaty dla duszpasterzy prawdopodobnie reguluje umowa konkordatowa. Skoro jednak szpital płaci, to dlaczego obowiązki kapelanom określa diecezja?

Wiem jedno, że w relacjach państwa z Kościołem jest wiele spraw nie do końca jasnych. Najczęściej dla rządu są to sprawy bardzo delikatne i drażliwe. Ale nie zapominajmy, że Polska jest państwem świeckim, że liczy się przede wszystkim dobro i interes jego obywateli, którzy niekoniecznie są katolikami. Dlatego, mimo, iż rzeczywiście jest to temat nad wyraz drażliwy trzeba o takich problemach mówić.

20paź/100

Mieliśmy być druga Japonią

Karty płatnicze, które już od wielu lat królują na naszym rynku bankowym, pod względem ich zabezpieczeń przed oszustami bankowymi, są niemal klasycznym przykładem siermiężnego podejścia do tego tematu. Rozszyfrowanie paska magnetycznego, najczęściej jedynego zabezpieczenia kart oferowanych przez nasze banki, to dla skimmera mały pikuś.

Mamy bardzo bogaty w oferty rynek kart kredytowych. Niestety z szeroką ofertą nie idzie w parze zabezpieczenie kart przed przestępcami, włamującymi się do naszych kont. Od kart z paskiem magnetycznym o wiele bardziej bezpieczna jest karta chipowa z wtopionym  mikroprocesorem. Niestety na naszym rynku pojawia się zbyt rzadko, nie mówiąc już o podwójnym zabezpieczeniu karty paskiem magnetycznym oraz mikroprocesorem.

Weźmy na przykład karty Organizacji JCB, czyli karty z systemu Japan Credit Bureau. Są to jedne z najlepiej zabezpieczonych kart kredytowych na świecie. Japończycy są w ogóle mistrzami zabezpieczeń. Do nich też należy system zabezpieczenia radiometrycznego, czyli skanowania linii papilarnych palca. System ten nawiasem mówiąc wprowadzany jest przez BPS oraz mniejsze banki spółdzielcze w naszym kraju. Czyli jeżeli się chce, to można się postarać o profesjonalne zabezpieczenie interesów swoich klientów. Dziwi tylko, że taką decyzję podjął jedynie BPS. Co na to pozostałe, zdecydowanie większe banki? Wracając do kart typu JCB, to z pewnością dla klientów polskich banków jest to czarna magia, a naprawdę warto się z nimi zapoznać. Szkoda tylko, że póki co w 99 procentach ich posiadaczami są Japończycy.

W 1981 roku organizacja JBC rozpoczęła działalność poza terenem Japonii. Obecnie wystawiane przez tę organizację karty JCB akceptowane są w prawie 4 milionach punktów sprzedaży w ponad 140 krajach całego świata. Czy również w Polsce? W Europie pierwsze karty JCB wydane zostały w 1990 roku. W Polsce prawdopodobnie nie wydana została jeszcze ani jedna tego typu karta płatnicza. Dlaczego piszę właśnie o kartach JCB? Ponieważ inne organizacje i banki powinny wreszcie wziąć przykład z Japończyków i podobnie zacząć zabezpieczać swoje karty płatnicze. Jako ciekawostkę mogę podać, że na awersie karty JCB znajdują się: emblemat i hologram składających się z białych liter jcb znajdujący się na trzech paskach w kolorach niebieskim, czerwonym i zielonym. Następnie szesnastocyfrowy numer karty zawsze zaczynający się od numeru 35, data ważności karty, nazwa jcb, a jeżeli jest to złota karta jest również litera "G". Natomiast na rewersie karty jcb umieszczono: czarny pasek magnetyczny z zakodowanymi informacjami, biały pasek do podpisu właściciela karty oraz dodatkowe informacje. Tak wygląda jedna z najlepiej zabezpieczonych kart płatniczych, które niestety w Polsce ponoć nie są wydawane.

Tymczasem na naszym rynku kart płatniczych buszują złodzieje i czyszczą nasze konta. Niestety najczęściej dowiadujemy się o tym dopiero wtedy, kiedy mamy zamiar wypłacić z konta gotówkę.

14paź/100

Zły system a może brak profesjonalizmu?

Kiedy tak z boku przyglądam się temu co ze swoimi klientami wyprawiają banki, to zastanawiam się skąd jeszcze mają tylu klientów. Z pewnością jedynym możliwym wytłumaczeniem jest potrzeba korzystania z usług bankowych bez względu na to jaki prezentują poziom obsługi oraz co proponują swoim klientom. Wydaje się też, że banki zapominają o konkurencji.

Nie tak dawno przeczytałem na jednym z for bankowych o praktykach jakie stosuje bank Millennium. Problem dotyczy kredytów hipotecznych. Nie wiem, czy był to odosobniony przypadek, ale niezwykle naganny. Sprawa dotyczyła wypłaty transz kredytu, a właściwie poślizgu terminowego. Kredytobiorca, piszący na ten temat, był zobligowany umową z deweloperem i musiał w określonym terminie wpłacać pieniądze. W przeciwnym razie deweloper mógł odstąpić od umowy. Tymczasem bank ociągał się z wypłatą kolejnych transz.

Inna sprawa dotyczy umowy wstępnej. Moim zdaniem bank, który wstępnie wyraża zgodę na kredyt hipoteczny, powinien kredyt taki przyznać. Ma on dostatecznie dużo czasu na to, aby dokładnie prześwietlić klienta. Tymczasem - jak napisał jeden z kredytobiorców - bank w ostatnim momencie odmówił wypłaty obiecanego kredytu, nie zważając uwagi na to, że klient wcześniej podpisał umowę z deweloperem. Oczywiście wina jest po stronie klienta, który powinien jednak poczekać na ostateczna wersje umowy z bankiem. Ale moim zdaniem bank również zawinił, dając niepotrzebną nadzieję klientowi.

I sprawa z ostatnich dni. Na forum kredytowym jeden z klientów banku Millennium napisał, że podpisał właśnie umowę na kredyt mieszkaniowy, ale później doszedł do wniosku, że kwota kredytu jest zdecydowanie za wysoka i postanowił napisać nowy wniosek, zmieniając kwotę na mniejszą.

Przy kompletowaniu dokumentów na kredyt mieszkaniowy niezbędna jest dokonana przez bank wycena nieruchomości. Piszący na forum kredytowym klient, zapłacił bankowi za tę wycenę 480 złotych, ale kiedy postanowił wystąpić z wnioskiem o mniejszą kwotę kredytu okazało się, że musi jeszcze raz zapłacić za tę samą wycenę. Dopiero po interwencji oraz udokumentowaniu, że wycena nieruchomości jest ważna przez rok (a później rzeczoznawca może ją nawet aktualizować) bank Millennium odstąpił od pobrania dodatkowej opłaty.

Ten klient znał się na procedurach, więc nie zapłacił, a ile kredytobiorców się nie zna? Podobne przykłady można mnożyć, dlatego zastanawiam się, czy w banku Millennium szwankuje przepływ informacji, czy może bank ten ma niedouczona kadrę? Nie ma to oczywiście żadnego znaczenia, bowiem i w jednym, i w drugim przypadku, to bank ponosi odpowiedzialność za niesprawnie funkcjonujący system bankowy oraz kadrę jaką zatrudnia. Tylko dlaczego na tym wszystkim ma cierpieć klient?

1wrz/100

Uzależnieni

Ostatnio spotkałem w autobusie dwóch nader wesołych młodzianów. W pewnym momencie jeden z nich przykuł uwagę innych pasażerów, w tym także i moją, gdyż zaczął przesuwać sobie po twarzy czymś wielkości golarki elektrycznej, co wydawało również dźwięki golarki, jednak takową nie było. Po chwili zorientowałem się, że ów młodzian posługiwał się telefonem komórkowym, a dźwięk towarzyszący jego zabiegowi również był niczym innym jak nagraniem odtwarzanym z pamięci telefonu. To wydarzenie skłoniło mnie do zadania sobie pytania. Jakie powinno być miejsce komórki w życiu człowieka?

W pierwotnym założeniu telefony komórkowe miały służyć do wykonywania i odbierania połączeń. Niecałe dwadzieścia lat temu biznesmeni z dumą dźwigali swoje „cegły” i płacili niebotyczne kwoty za ich użytkowanie. Dzisiaj na telefon może pozwolić sobie każdy. Dbają o o to oczywiście operatorzy wprowadzając coraz to nowe oferty i modele telefonów. Obecnie ceny połączeń i SMS-ów zależą głównie od tego, czy są realizowane w sieci czy poza nią. W gronie najpopularniejszych operatorów ceny połączeń prepaid wahają się w przedziale 20-77 gr za minutę. Era i Orange niechętnie przyjęły na rynku najmłodszego konkurenta, jakim jest Play. Za minutę rozmowy z posiadaczem karty Play, klient Ery lub Orange musi zapłacić 75-79 gr. W Plusie nieco mniej, lecz jest to najprawdopodobniej spowodowane wykorzystywanie przez Play sieci GSM należącej do Polkomtela, który bynajmniej nie świadczy tego typu usług charytatywnie.

Tymczasem naukowcy pokazują, że coraz więcej osób nie wyobraża sobie życia bez telefonu komórkowego. Ilość komórek w Polsce już dwa lata temu przekroczyła liczbę mieszkańców całego kraju. Niepokoić powinien fakt, że wśród użytkowników wykształca się tzw. fonoholizm czyli uzależnienie od telefonu. Do jego objawów można zaliczyć nierozstawanie się z telefonem ani na chwilę, lęk przed brakiem naładowanego aparatu, noszenie ze sobą zapasowych baterii, mimowolne wykonywanie bezproduktywnych połączeń czy nerwowe oczekiwanie na nieplanowane połączenie. Dodatkowo fonoholicy uzależniają się od adrenaliny, jaką daje im każdy nowy model telefonu, który znajdzie się w ich posiadaniu. Telefon służy również, a może przede wszystkim, do pokazywania znajomym, że osoba z najnowszym telefonem jest także pod każdym innym względem naj...

Okazuje się jednak, że z nałogu można zrobić sport. Od trzech lat w Nowym Jorku odbywają się mistrzostwa świata w pisaniu SMS-ów. Każdy z uczestników musi możliwie szybko i bezbłędnie przepisać kilka zdań w swoim ojczystym języku do telefonu komórkowego. W tym roku zwyciężyli reprezentanci Korei Południowej. Na kolejnych pozycjach znaleźli się Amerykanie, Argentyńczycy i Brazylijczycy. Poza podium znalazły się zespoły z Australii, Hiszpanii, Indonezji, Kanady, Meksyku, Nowej Zelandii, Portugalii, Rosji i RPA. W zawodach niestety zabrakło Polaków. Może za rok któraś z sieci pokusi się o sponsorowanie polskiej reprezentacji, pomimo że język polski chyba już na starcie nie dawałby zbyt wielkich szans na wygraną.

27sie/100

Ignorantia iuris nocet

Fakt, że banki niejednokrotnie wykorzystują naiwność i niefrasobliwość swoich klientów nikogo już dziś nie dziwi. Nieznajomość prawa połączona z podpisywaniem umów bez wcześniejszego zapoznania się z nimi przynosi opłakane skutki. Zbyt wielu Polaków daje się omamiać  zapewnieniom przemiłych konsultantów, którzy, jak wiadomo, nie zawsze znają się na tym, co robią, ale wiedzą jakich technik użyć, by zdobyć podpis klienta. Sprzedawcy, dumnie nazywani specjalistami ds. sprzedaży, zazwyczaj doskonale zdają sobie sprawę z istnienia tzw. klauzul niedozwolonych. Nie każdy klient zna się jednak na prawie w takim stopniu, aby móc szybko wychwycić niepokojące zapisy.

Zgodnie z kodeksem cywilnym, umowa, która została już podpisana, ale zawiera niedozwolone postanowienia, jest z mocy prawa niewiążąca. W przypadku gdy bank nie chce przychylić się do stanowiska klienta, pomocy należy szukać w sądzie rejonowym lub okręgowym. Właściwy sąd powinien wówczas uznać daną umowę za nieważną. W tego typu sprawach pomocy udzielić może również miejski lub powiatowy rzecznik konsumentów.

W ostatnim czasie UOKiK ostro wziął się za kontrolę umów, jakie banki przedstawiają do podpisu swoim klientom. Efektem są milionowe kary mające na celu zniechęcenie gigantów do prowadzenia brudnej polityki wobec osób, które, jakby nie było, utrzymują banki przy życiu. Aby za bardzo nie odczuć kary, banki najprawdopodobniej podniosą opłaty za przelewy, za prowadzenie konta i masę innych drobnych usług. W ten oto sposób kara dla banków ponownie uderza w klientów. Banki nadal kombinują, klienci znowu się skarżą i błędne koło się zamyka. A podobno miało być lepiej.