Jak zostać dłużnikiem?
Tym razem parę słów o znienawidzonym przez dłużników Krajowym Rejestrze Długów. Działa już siedem lat i w tym czasie przedsiębiorcom udało mu ściągnąć przy jego pomocy kwoty liczone już w miliardach złotych. Baza zawiera obecnie nazwiska ponad 1,1 miliona dłużników. Zgodnie z Ustawą o udostępnianiu informacji gospodarczych z 2003 r., mają prawo korzystać z niej wszyscy przedsiębiorcy, którzy podpiszą stosowną umowę. Dzięki temu mogą oni dopisywać swoich niesolidnych klientów lub kontrahentów do listy. W jaki sposób można sobie zasłużyć na miejsce w bazie? Nie wymaga to wiele wysiłku, gdyż wystarczy zalegać 60 dni z zapłatą należności na kwotę nie mniejszą niż 200 zł brutto, przy czym warunek ten odnosi się tylko do konsumentów. W przypadku firm granica ta przesuwa się o 300 zł wzwyż. Ustawodawca przewidział również koło ratunkowe dla zapominalskich. Jego działanie polega na tym, że wierzyciel powinien poinformować dłużnika listem poleconym z 30-dniowym wyprzedzeniem o zamiarze umieszczenia jego danych w rejestrze.
KRD może udzielić przedsiębiorcy również informacji, czy potencjalny klient bądź kontrahent nie zalega z płatnościami. Weryfikację tego typu można zlecić na stałe bądź wykonać jednorazowo. Z bazy mogą korzystać także konsumenci chcący sprawdzić uczciwość przedsiębiorców. Bardzo przydatne, jeśli chodzi o deweloperów, polecam. Osoba mająca dostęp do KRD ma możliwość sprawdzenia nawet samej siebie, włącznie z listą podmiotów, które sprawdzały jej płatniczą wiarygodność.
Niech się jednak nikomu nie wydaje, że takie informacje dostanie za darmo. Cennik KRD przypomina ten, do jakiego przyzwyczaiły Polaków telefonie komórkowe. Tabelka, cztery pakiety, a poniżej wykaz opłat za poszczególne usługi. Najniższy abonament wynosi 200 zł. Można by się spodziewać czegoś trochę innego od instytucji w dużej mierze zależnej od Ministerstwa Gospodarki i która, mimo wszystko, ma sprzyjać szerzeniu informacji o nieuczciwych kontrahentach. Tym bardziej, że wpisanie na listę niesie ze sobą niemałe konsekwencje. Dłużnicy tracą wiarygodność we wszelkich kontraktach handlowych. Mają problemy z uzyskaniem kredytu lub pożyczki. Nie mogą zawrzeć umowy leasingu ani kupić nic na raty. Utrudnione jest także korzystanie z usług telekomunikacyjnych i wynajem lokali.
14 czerwca br. w życie weszła nowa Ustawa o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych. Stwarza ona możliwość wysłania na listę dłużników osób, które do tej pory pozostawały w świetle prawa bezkarne. Chodzi tutaj o znajomych bądź członków własnej rodziny, gdyż w przypadku pożyczek udzielanych w najbliższym kręgu, najczęściej brakuje jakichkolwiek dokumentów potwierdzających zadłużenie. Kim trzeba być aby sporządzać tego typu umowę z członkiem własnej rodziny? Na pewno bardzo przewidującym człowiekiem...
A może kasę fiskalną?
Poronionych pomysłów w naszym pięknym kraju nad Wisłą nigdy nie brakowało: martwe ustawy, nieżyciowe przepisy i absurdalne wymogi. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej jeszcze więcej ich przybyło, bo na przykład dowiedzieliśmy się jak prawidłowo powinno się myć ręce oraz, że ślimak to ryba... Wydawać więc by się mogło, że już nic nas nie potrafi zaskoczyć. A jednak! Po kolejny absurd sięga tym razem fiskus, który szykuje nalot na kieszonkowe kelnerów. Otóż nasza "skarbówka" wpadła na genialny pomysł opodatkowania braci kelnerskiej, bowiem ta nie płacąc żadnego podatku kasuje nieraz dwie, a nawet trzy dodatkowe pensje z napiwków. Jak słyszałem, ma to być prawdopodobnie ryczałt, chyba że nakaże się kelnerom i kelnerkom przychodzić do pracy z własną kasą fiskalną. Czyż to nie absurd?
Nie pierwszy i nie ostatni. Z drugiej strony, toż to przecież szara strefa, z którą ponoć tak wszyscy walczymy. Ciekawi tylko fakt, jak fiskus przystąpi do egzekwowania wpłat na jego konto oraz jakie wprowadzi stawki? Może się bowiem zdarzyć, że kelnerowi przyjdzie jeszcze dołożyć do tego interesu. Dobry kelner w dobrej restauracji zarobi dwa, a nawet trzy razy tyle ile wynosi jego podstawowa pensja. Właściciele restauracji doskonale orientują się w wysokości napiwków jakie goście zostawiają w ich lokalach i nie mają zamiaru jeszcze bardziej zawyżać poborów swoich pracowników. Dlatego podstawowe wynagrodzenia w restauracjach nie są zbyt wysokie. Z pewnością jednak wiedzą tą nie będą chcieli podzielić się z fiskusem, który sam musi rozstrzygnąć ten dylemat.
– Gdybym w miesiącu nie wyciągnął 2-3 tysięcy złotych, to już dawno wycofałbym się z tego interesu – twierdzi Mariusz pracujący od ponad 6 lat w jednej z warszawskich restauracji.
– Moja pensja jest tak licha, że gdyby nie napiwki, na których zarabiam kilkakrotnie więcej, już dawno zwolniłabym się z tej pracy - powiedziała Joanna pracująca w podwarszawskim zajeździe.
Praca kelnera jest intratnym zajęciem, ale tylko w dobrych i akurat modnych restauracjach, które zdążyły zapracować na odpowiednią renomę. We wszelkiego rodzaju pubach, ogródkach piwnych czy też przydrożnych barach, obsługa o napiwkach może tylko pomarzyć. Trzeba jednak przyznać, że takie miejsca są doskonałą okazją do zdobywania niezbędnego doświadczenia w tym zawodzie.
Kuba jest studentem i w branży pracuje już od kilku lat. Zaczynał podobnie jak inni. W barze. Tam też pobierał nauki jako kelner. Z czasem, przechodząc kolejne szczeble kelnerskiej hierarchii, awansował na kelnera do jednej z lepszych restauracji, w której z samych napiwków wyciągał 3-5 tysięcy złotych w zależności od okoliczności. Kiedy skończył studia, dyplom schował głęboko w szafie i nadal kelnerował. – Pieniądze jakie mi oferowano za pracę w zawodzie były tak śmieszne, że zrezygnowałem i postanowiłem nadal pracować w restauracji. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas – stwierdził. Ciekaw jestem jak wybrnie z tej sytuacji fiskus?
Biznes po polsku
Prowadzenie własnego biznesu w Polsce to naprawdę karkołomne zadanie. Wiele osób decyduje się jednak na tego rodzaju samozatrudnienie, ponieważ często nie ma innego wyjścia. Wiadomo jaki w naszym kraju jest rynek pracy – wymagający i kapryśny. Niejednokrotnie decyzja o założeniu własnej działalności gospodarczej jest jedyną z możliwych, która zapewnia uzyskanie zatrudnienia. Wiadomo też, że na rozkręcenie własnego interesu potrzebny jest kapitał. Jeżeli osoba decydująca się na prowadzenie własnej działalności gospodarczej posiada status osoby bezrobotnej, może liczyć na wsparcie ze strony urzędu pracy. Nie są to wprawdzie duże pieniądze, ale jednak są. W przypadku braku własnego kapitału, pozostaje jeszcze szukanie pomocy finansowej w bankach lub funduszach unijnych. Kto próbował, ten wie, że banki raczej nie palą się do kredytowania rodzimych firm, nie mówiąc już o dopiero rozkręcających swój biznes początkujących przedsiębiorcach. Niestety specjalne programy rządowe oraz fundusze strukturalne także nie spełniają oczekiwań polskich przedsiębiorców i skazują na jeszcze większą niż w przypadku banków biurokrację, do której Polacy powinni się już przyzwyczaić. Przepraszam, ja do tej pory jakoś nie mogę. Tymczasem do końca roku z gospodarczej mapy Polski zniknie ponad 2000 firm.
– Oczywiście programy rządowe w jakiś sposób funkcjonują i wspierają polską przedsiębiorczość. Pomoc można też uzyskać z programów unijnych, na przykład pisząc dobre projekty. Problem tylko w tym, że w jednym i drugim przypadku przepisy są zbyt skomplikowane i najczęściej oderwane od rzeczywistości. Szczególnie trudno korzysta się z pieniędzy unijnych, ponieważ obowiązujące procedury, wykorzystywanie tych środków oraz rozliczenie się z nich to mistrzostwa świata w wykonaniu Brukseli – twierdzi jeden z przedsiębiorców.
Nie tylko to komplikuje życie polskim przedsiębiorcom. Jak się okazuje, nie wolno też być za bardzo przedsiębiorczym. Może się to nie spodobać konkurencji bądź „pewnym osobom”, które natychmiast uruchamiają całą machinę systemu ścigania przestępstw gospodarczych. Gorzej, jeśli ich pomysłowość sięga znacznie dalej i lubią załatwiać te sprawy niekonwencjonalnie, np. w stylu panów z podwarszawskich miejscowości.
Informacje, jakie nie tak dawno temu przekazała Rzeczpospolita, są najlepszym przykładem na to, jak można zniszczyć firmę oraz ich właścicieli nie mając ku temu najmniejszych powodów (czyt. dowodów). Otóż cztery lata temu właścicielom poznańskiej firmy Bestcom prokuratura postawiła zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, pranie brudnych pieniędzy oraz fikcyjnego sprowadzania sprzętu elektronicznego i fałszowania faktur. Właściciele firmy trafili do aresztu, a firma upadła. Interweniujący w tej sprawie rzecznik praw obywatelskich doprowadził do wszczęcia kontroli tego śledztwa. Wtedy okazało się, że organy ścigania nie miały ani dowodów, ani żadnych podstaw do stawiania takich zarzutów oraz zatrzymania właścicieli Bestcomu. Do akcji wkroczyła także Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która domagała się od prokuratora generalnego wyjaśnienia tej sprawy. Jaki będzie jej finał, nikt na razie nie wie, chociaż udowodniono już, że zarzuty wobec przedsiębiorców były nieuzasadnione. Póki co, jedynym faktem w chwili obecnej jest nieuzasadniona odsiadka właścicieli poznańskiej firmy oraz upadek Bestcomu. Kto za to zapłaci?
Zanim skopiują Ci kartę
Skimming, czyli nielegalne kopiowanie danych z paska magnetycznego kart bankowych, jest powszechnie znanym procederem, a mimo to nadal często się zdarza i nas zaskakuje. Skimmerzy, na podstawie uzyskanych w nielegalny sposób danych czyszczą konta posiadaczom kart. Ofiarami skimmingu możemy stać się wszędzie, na przykład korzystając z bankomatu, płacąc za hotel czy też rachunki w sklepie lub restauracji. - Gdy dojdzie do wycieku danych lub skopiowania karty, odpowiedzialność za nieuprawnione operacje ponosi bank lub wydawca karty, z wyjątkiem świadomego udostępnienia danych przez klienta. Istnieje też możliwość odbioru zastępczej karty w wyznaczonej placówce bankowej poza granicami naszego kraju - powiedział przedstawiciel PKO BP.
Dobrych rad nigdy za wiele. Pomimo że jest to prawda ogólnie znana, nie zaszkodzi jeszcze raz powrócić do tematu. Mianowicie do tego, czy na wyjazd zagraniczny lepiej brać gotówkę czy karty kredytowe oraz jak powinniśmy się zachować w przypadku kradzieży karty i wyczyszczenia naszego konta. Jest to problem, nad którym zastanawiają się tysiące Polaków w przeddzień zagranicznego wyjazdu. Wszak sezon w pełni i chociaż wielu naszych rodaków już powróciło z urlopu, wielu innych dopiero szykuje się do zagranicznych wojaży. Oczywista wydaje się być niechęć do zabierania większej ilości gotówki, gdyż nawet jeśli sami jej nie zgubimy, zawsze istnieje możliwość, że znajdą się tubylcy, którzy chętnie nam w tym pomogą. Liczyć tu można jedynie na religijność w krajach muzułmańskich. Tamtejsi drobni złodziejaszkowie nawet jeśli przywłaszczą sobie zawartość naszego portfela, zawsze zostawią coś na pocieszenie.
W cywilizowanej Europie najlepiej korzystać z kart bankowych. Pamiętajmy jednak, aby podczas płacenia kartą zawsze ją mieć na oku. Nawet jeśli terminal znajduje się na zapleczu, dla bezpieczeństwa własnych pieniędzy, powinniśmy udać się tam z obsługą i mieć kartę pod stałą kontrolą. Może się jednak zdarzyć, że nie ustrzeżemy się sklonowania karty przez przestępców i stracimy nasze pieniądze. Co wówczas? Jeżeli stwierdzimy, że nasze konto bankowe zostało wyczyszczone, należy bezzwłocznie skontaktować się z bankiem lub instytucją, która kartę wydała. Centrum autoryzacji kart czynne jest przez 24 godziny na dobę, natomiast numer do niego napisany jest na odwrocie karty. Dlatego też warto sobie ten numer wcześniej zapisać w notesie. Gorzej jeśli złodzieje także i go nie oszczędzą. Przydatne może być też posiadanie dwóch kart działających w różnych systemach np. Visa i MasterCard. Nie zaszkodzi również zaopatrzyć się w kartę wypukłą, która umożliwia awaryjne wydanie gotówki. W awaryjnej sytuacji będzie to nasza ostatnia deska ratunku, więc warto naprawdę głęboko ją schować. Nie polecam jednak brania przykładu z przemytników wykorzystujących do ukrywania różnych przedmiotów niepolityczne strefy ciała. Zdaję sobie sprawę, jak niewiele bezpiecznych miejsc może znaleźć podróżny, ale nie możemy popadać w paranoję. Przecież to tylko pieniądze.
Buble prawne, polskich absurdów ciąg dalszy
Nasz ukochany kraj znad Wisły znany jest z płodzenia bzdurnych przepisów i bubli prawnych, chociaż trzeba przyznać, że ostatnio Bruksela ze swoimi absurdalnymi unijnymi dyrektywami stara się nam dorównać. Zajmijmy się jednak naszym polskim podwórkiem. Przez ponad dwa lata eksperci uzbierali prawie 10 tysięcy bubli prawnych, które dostarczyli im przedsiębiorcy, konsumenci i organizacje.
1. "Złotą kiszkę", czyli główną nagrodę w tej niechlubnej rywalizacji, zgarnął obowiązek meldunkowy,
2. "Srebrna kiszka",to bubel prawny dotyczący obowiązku zapłacenia podatku dochodowego od nieistniejącego dochodu,
3. "Brązową kiszkę" wywalczył obowiązek składania stale tych samych dokumentów.
A teraz przykłady: przepisy nakazują meldować znajomych, którzy przyjechali do nas z zagranicy i przebywają w naszym domu dłużej niż 4 dni, później należy ich wymeldować. Jeżeli przebywamy poza granicami kraju dłużej niż 3 miesiące musimy się wymeldować, a po powrocie z powrotem zameldować:).
Przedsiębiorca, który wystawił faktury kontrahentowi na 100 tysięcy złotych nigdy nie doczekał się ich realizacji, ponieważ jego partner biznesowy zbankrutował. Musiał jednak zapłacić 19 % podatek od dochodu, bowiem faktury "poszły", a że pieniądze nigdy nie wpłynęły na konto przedsiębiorcy to już fiskusa nie interesuje. Wprawdzie po dwóch latach wygrał proces i komornik ściąga od dłużnika po 1000 złotych miesięcznie, ale pieniądze odzyska dopiero po... 8 latach! Jeden z czytelników "GW" poszedł na urlop macierzyński, złożył wszystkie wymagane dokumenty, a po jego ukończeniu postanowił przedłużyć o urlop "tacierzyński". Jakież było jego zdziwienie, kiedy musiał po raz drugi w ZUS składać dokumenty, w tym oryginał aktu urodzenia dziecka. Podobnych absurdów prawnych jest więcej, zalegają w urzędach, mają moc obowiązującą, ale są martwe, ponieważ najczęściej nikt ich nie przestrzega. Chyba, że chodzi o przewietrzenie kieszeni podatnika, wtedy zadziałają nawet najbardziej bzdurne przepisy.
Grecja wyjdzie nam bokiem…
Niestety powtarza się scenariusz z lat ubiegłych. Zbliża się okres wakacji, sezon urlopowy, a wraz nimi zawirowania na rynkach finansowych. Szczególnie niepokoi spadek kursu złotego. Osłabienie polskiej złotówki może mieć poważne skutki dla kredytobiorców, którzy posiadają kredyty w obcych walutach. Szczególnie martwią się posiadacze kredytów w euro, tak ostatnio preferowanych przez banki. Na dzień dzisiejszy za euro trzeba zapłacić prawie 4,08 zł i jest to najwyższy kurs europejskiej waluty od lutego br. Wygląda na to, że rację miała Komisja Nadzoru Finansowego, która z dezaprobatą przyglądała się do polityce kredytowej banków, które jak wiadomo postawiły na kredyty w euro. Sytuacją na finansowych rynkach martwią się też zwykli konsumenci, ponieważ z dnia na dzień rosną ceny paliwa, a to z kolei oznacza, że więcej zapłacimy za towary i usługi, a także za planowane wyjazdy urlopowe w kraju i za granicą. Cieszą się natomiast eksporterzy, ale nie będzie im za wesoło kiedy przyjdzie do rozliczeń z kooperantami krajowymi. Tak czy inaczej Grecja zaczyna odbijać nam się czkawką, a co najgorsze nikt nie potrafi przewidzieć jak długo jeszcze. Analitycy twierdzą, że nasz złoty oberwał rykoszetem. Słabe to jednak pocieszenie, bowiem rykoszet bywa czasami bardziej bolesny niż bezpośrednie uderzenie. Na razie nie widać szczególnej paniki na polskich rynkach finansowych, ale z pewnością na zawirowaniach tych straci polski konsument.
- Ja już straciłem, ponieważ bank namówił mnie na kredyt w euro. Tymczasem od 3 maja kurs euro i franka wzrósł aż o 4,5%, jeżeli dalej w takim tempie złoty będzie tracił na wartości wielu kredytobiorców, którzy wzięli kredyty w obcej walucie będzie mieć poważne kłopoty finansowe. Wprawdzie analitycy finansowi uspokajają, ale kto w dzisiejszych czasach wierzy analitykom. Tym bardziej w tak niespokojnych czasach w jakich przyszło nam żyć - napisał jeden z moich czytelników.
Za kraty za przejechanie żaby…
Coraz więcej dziwnych przepisów zostaje wprowadzanych do naszego życia publicznego, a także kodeksu cywilnego i karnego. Ileż to razy dyskutowano nad martwymi paragrafami, które od lat nie funkcjonują. Od kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej takich dziwnych, albo raczej kontrowersyjnych przepisów jest coraz więcej. Ostatnim przykładem jest projekt wprowadzenia w życie zapisów o odpowiedzialności karnej za przestępstwa przeciwko środowisku naturalnemu. I nie chodzi tu o typowe przykłady zatruwania środowiska...
Nie dotyczy to emisji pyłów czy gazów oraz odprowadzania zanieczyszczeń do rzek, ale na przykład zbierania grzybów w niedozwolonych miejscach /rezerwaty przyrody/, czy też za przejechanie w niedozwolonym miejscu żaby, która akurat przechodziła specjalnie dla niej wytyczoną trasą. Grzybiarze, którzy niekoniecznie zdawali sobie sprawę, że zbierają w miejscu niedozwolonym, mogą trafić za kratki nawet na 5 lat. Jeżeli za grzyba grozi 5 lat paki, to za żabę będzie chyba dożywocie!:) Z drugiej jednak strony nie będą już tak bezkarni nasi, pożal się Boże, niedzielni biznesmeni, którzy dla szybkiego zysku zrobią wszystko i szastają na lewo i prawo odpadami, zatruwając nie tylko okoliczne rzeki i grunty, ale także ludzi. Przy tym czują się bezkarni, ale już od grudnia niekoniecznie. Na tych bowiem czekać będzie kara pozbawienia wolności do lat 12. Problem tylko w tym, że trzeba im to udowodnić, a to jak wiadomo wcale nie musi być takie proste, ponieważ mają pieniądze. Eksperci zastanawiają się również co się stanie ze starszymi wiekiem rolnikami, którzy z dziada pradziada uprawiają swoją rolę i może zdarzyć się, że przypadkiem mogą przejechać ciągnikiem lub kosiarką jakieś ptactwo w trakcie wylęgu, czy też jakieś inne zwierzę. Przepisy jak czytamy mają wejść w życie w grudniu tego roku, eksperci mają więc jeszcze nieco czasu, aby zmądrzeć i dopasować unijne przepisy do polskiej rzeczywistości. I niech ogórek pozostanie w kształcie takim jaki wyrósł, a nie jak proponuje unia, a pomidor niech ma barwę czerwoną!
Po co nam doktor, e-recepty!
Informacja jaka ostatnio ukazała się w mediach zelektryzowała nie tylko resort medyczny oraz branżę aptekarską, ale także zwykłych pacjentów. Otóż, jak głosi wieść, jeszcze w tym roku ma zostać rozstrzygnięty konkurs na opracowanie programu e-recept. Brzmi to może mało prawdopodobnie, ale tak właśnie ma być. Jeżeli system ten zostanie wprowadzony w życie, lekarze przestaną wypisywać tony skomplikowanych druków, skupią się tylko na leczeniu, a recepty wypiszą za pomocą komputera. Wiadomo już, że do konkursu zgłosiło sie 10 firm poważnych firm informatycznych, które mają różne wersje realizacji tego pomysłu. Wersja minimalna to wypisywanie recept elektronicznie, a nie jak dotychczas ręcznie. Wersja bardziej rozwinięta zapewni dostęp do informacji o wszystkich przepisanych pacjentowi lekach zarówno w gabinecie lekarskim, jak i aptece. Ale najbardziej zaawansowany program podpowiadałby lekarzowi, jaki najlepiej lek ma wybrać i czy wchodzi on w interakcje z innymi przepisanymi pacjentowi lekami. - "Ciekawe rozwiązanie, może, jeżeli pacjenci zaopatrzyliby się w taki program nie musieliby wystawać godzinami w kolejkach do lekarza i sami dobieraliby sobie odpowiednie leki "- zastanawia się Maggy, która z tym tematem sie do mnie zwróciła. Jest to jakieś wyjście tylko z pewnością potrzebny będzie elektroniczny podpis i pieczątka lekarza. Tak czy inaczej jest to ciekawy pomysł, który z pewnością usprawni pracę lekarzy oraz aptek. Problem może być tylko z jego wdrożeniem, bowiem znając polskie realia podobne nowinki nie są u nas zbyt przychylnie przyjmowane. Wygrać ma program, który właśnie uwzględni polskie realia i co najważniejsze będzie ogólnie korzystny. Zbyt futurystyczne pomysły nigdy się u nas nie sprawdzały. Planowane rozstrzygnięcie konkursu ma nastąpić w najbliższych tygodniach, a sprawdzanie funkcjonowania wybranego programu nastąpić ma jeszcze w tym roku w jednym z wybranych miast.
Majstrują dla majstrowania
Nowelizacje, zmiany, ciągłe majstrowanie przy przepisach stają się powoli naszą polską specjalnością. A ile mamy martwych ustaw, wszelkiego rodzaju rozporządzeń i przepisów prawnych? Tego nie da się już zliczyć. Tymczasem warto podać kilka prostych przykładów na ciągłe nowelizacje i zmiany w przepisach: kodeks postępowania cywilnego w ostatnich trzech latach nowelizowano 37 razy, kodeks postępowania karnego - 29 razy, kodeks pracy - 13 razy, Karta Nauczyciela od chwili jej powstania nowelizowano już 60 razy z czego tylko w ubiegłym roku - 5 razy, ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych również kilkadziesiąt razy. Podobne przykłady można mnożyć. A co z sądami grodzkimi i 24-godzinnymi?...
Wystarczy tylko przypomnieć ostatnie próby zmian w systemie emerytalnym. Pomysłów na "uzdrowienie" tego systemu, zmian w jego funkcjonowaniu, było, jest i z pewnością jeszcze będzie bardzo wiele. Problem tylko w tym, że często są to projekty absurdalne, oderwane od rzeczywistości i nie mające nic wspólnego z rzeczywistymi potrzebami przyszłych emerytów. Ostatnie informacje "Dziennik Gazeta Prawna" dotyczą kolejnych zmian i majstrowania przy przepisach prawnych, tym razem dotyczą likwidacji sądów gospodarczych. Resort Sprawiedliwości doszedł bowiem do wniosku, że sądy gospodarcze nie są nam już potrzebne, ponieważ ich role mogą przejąć specjalnie utworzone na tę okoliczność wydziały gospodarcze sądów powszechnych. Przedsiębiorcy - jak napisał "Dziennik Gazeta Prawna"- są przerażeni nie samym pomysłem likwidacji sądów gospodarczych, a kolejnymi zmianami i brakiem stabilności prawa. Poza tym jeżeli obowiązek rozpatrywania tego typu spraw spadnie na sądy powszechne, które i tak są przeciążone do granic wytrzymałości, to ile trzeba będzie czekać na wyrok? Zamiast stale majstrować przy przepisach prawnych, wprowadzać kolejne nowele i zmiany, najlepiej wziąć się za systemową reformę prawa. Na razie nie ma jednak ani chęci ani dobrej woli, aby wreszcie poważnie ten problem potraktować.
Masz kłopoty zbankrutuj
Problemy na rynku pracy sprawiły, że coraz więcej ludzi bezskutecznie jej poszukuje, rosną ich zadłużenia i widmo zlicytowania. Sytuacja w jakiej znalazło się wiele rodzin nie pozwala im na spłatę podstawowych nawet należności, nie mówiąc już o kredytach. Najczęściej banki nie patyczkują się w takich sytuacjach i oddają sprawy w ręce firm windykacyjnych, a nawet sprzedają takie kredyty. Często też do akcji wkracza komornik. Czy nie ma sposobu, aby pozbyć się takich kłopotów? Otóż nie wszyscy, którzy mają kłopoty finansowe wiedzą, że możliwe jest ogłoszenie upadłości konsumenckiej. W ubiegłym roku weszła w życie nowelizacja prawa upadłościowego i naprawczego, dzięki czemu można ogłosić bankructwo. Nie wszystkich jednak obejmują przepisy prawa upadłościowego, a tylko tych, którzy stali się niewypłacalni nie z własnej winy. Na przykład zostali zwolnieni z pracy, albo zachorowali nie nie mogą już więcej pracować. I jeszcze jedna ważna sprawa. Ogłoszenie upadłości konsumenckiej nie oznacza, że zostały nam odpuszczone wszystkie długi, a umorzona zostaje tylko ich część. Dłużnik nadal pozostaje dłużnikiem i musi spłacić swoje zobowiązania z tym, że nie rosną już odsetki karne oraz inne kary. Na upadłość konsumencką nie mogą też liczyć osoby, które w okresie największej koniunktury kredytowej brali po kilka, a rekordziści nawet po kilkanaście kredytów. Każdy kolejny kredyt spłacali następnym kredytem i dlatego nie byli odnotowani w Biurze Informacji Kredytowej. W końcu jednak pętla kredytowa musiała się zacisnąć i się zacisnęła. Tacy delikwenci nawet nie mogą marzyć na ogłoszenie upadłości konsumenckiej. Trzeba pamiętać, że upadłość może być ogłoszona jedynie w przypadku jeżeli dłużnik stał się niewypłacalny z przyczyn od niego niezależnych. I na koniec informacja - upadłość konsumencką można ogłosić tylko raz na 10 lat. O szczegółach tej noweli można się dowiedzieć z prawa upadłościowego.


