Nos dla tabakiery czy tabakiera dla nosa
O tym, że Telekomunikacja Polska SA rządzi się swoimi prawami wiemy nie od dziś, wielokrotne interwencje klientów "tepsy" tylko potwierdzają wspomniane zarzuty. Tylko co z tego, skoro firma ta nie wyciąga żadnych wniosków, a wręcz przeciwnie stara się jak może, aby złą opinię o sobie podtrzymać. Na szczęście monopol "tepsy" powoli się kończy i jeżeli takie przypadki jak ten, który za chwilę opiszę będą się powtarzać, o klientach może zapomnieć.
Pięć miesięcy temu jedna z klientek "Tepsy" postanowiła zgodnie z obowiązującą umową wymówić usługi neostrada tp, ponieważ jej zdaniem, były to mierne usługi, a koszt nie taki znów mały. W ramach tejże usługi klientka korzystała z telefonu stacjonarnego oraz internetu. W związku z tym, że usługa była łączona zamontowano jej zestaw LiveBox. Podejmując decyzję o rezygnacji z umowy skontaktowała się z przedstawicielką firmy świadczącej usługę i obie Panie wyjaśniły sobie wszystkie okoliczności towarzyszące takiej rezygnacji - przynajmniej tak sądziła klientka Telekomunikacji Polskie SA z siedzibą w Katowicach. Jakież więc było jej zdziwienie, kiedy w połowie kwietnia, a więc po prawie czterech miesiącach od czasu wygaśnięcia umowy z "tepsą", otrzymała pismo wzywające ją do zapłaty 300 złotych za sprzęt, który telekomunikacja nie zdążyła zabrać od swojej klientki. W piśmie tym Telekomunikacja Polska z siedzibą w Katowicach ulica Bażantów 35 napisała: " Informujemy, że Telekomunikacja Polska tytułem odszkodowania za sprzęt (?...) obciąża Państwa kwotą 300 zł." - koniec cytatu. Skąd ta kara? W cenniku usług TP SA znajdujemy pozycję: „Kara umowna za udostępniony Zestaw instalacyjny „livebox tp” w przypadku utraty lub niezwrócenia Zestawu w ciągu 14 dni kalendarzowych od daty rezygnacji z udostępnienia Zestawu instalacyjnego lub rozwiązania/wygaśnięcia Umowy o świadczenie usługi neostrada tp”. Koszt równy 300 zł. Oznacza to, iż klient powinien liveboxa zwrócić lub zostanie obciążony. Jest to do zaakceptowania tylko wówczas, gdy pracownik „tepsy”nas o tym powiadomi.
- Jestem oburzona postępowaniem telekomunikacji polskiej - twierdzi niefortunna klientka neostrady - przecież można było mnie poinformować przy rozwiązywaniu umowy o procedurach jakie obowiązują w tej firmie. Nikt na ten temat nawet się nie zająknął. Ale wyciągać ręce po pieniądze, to już potrafią.
No właśnie, a nie łaska było przy rozwiązywaniu umowy z klientką, poinformować ją o zwrocie sprzętu, albo przysłać pracownika, aby zabrał sobie owegoż LivBoxa? Aż ciśnie się na usta pytanie, czy nos to jest dla tabakiery czy tabakiera dla nosa? Niestety dla siebie, "tepsa" podaje coraz więcej błędnych odpowiedzi.
Jadę dziurą, a tu nagle asfalt..
To jeden z żartów dotyczących stanu naszych dróg po zimie, która w tym roku była wyjątkowo złośliwa i wyrządziła sporo szkód również na naszych jezdniach. Tylko, że kierowcom, którzy uszkodzili swoje auta wcale nie jest do śmiechu. Nic więc dziwnego, że na biurkach pracowników zarządów dróg rosną stosy wniosków o odszkodowania za uszkodzone auta, które powstały właśnie w wyniku ich kolizji z dziurami w jezdniach. Najczęściej na interwencję w zarządach dróg decyduję tylko najbardziej poszkodowani kierowcy. Drobniejsze uszkodzenia, za których usunięcie trzeba przecież też zapłacić nawet nie są zgłaszane. Poza tym procedury stosowane przy tego rodzaju interwencjach są może niezbyt skomplikowane, ale uciążliwe. Aby starać się o takie odszkodowanie należy spełnić przynajmniej dwa z trzech obowiązujących warunków mieć zdjęcie dziury, do której wpadło nasze auto oraz świadka lub notatkę policji. Problem tylko w tym, że jeżeli wypadek zdarzył się na odludziu i nocą, to nawet ze świecą nie znajdzie się świadka. Policja natomiast nie zawsze może dojechać na miejsce zdarzenia, ponieważ ma nieco inne obowiązki niż pilnowanie dziur w jezdniach, natomiast wożenie ze sobą aparatów fotograficznych to już zakrawa na kpiny. Nic więc dziwnego, że coraz więcej pojawia się głosów domagających się uproszczeń obowiązujących przepisów. Nikt też kierowcę, który uszkodził auto nie zapewni, że takie odszkodowanie dostanie, a już z pewnością sprawa ta będzie się ślimaczyć. Ci kierowcy, którzy zarabiają na zycie autami z pewnością nie będą czekać na rozpatrzenie swojego wniosku i na własny koszt usuną uszkodzenie. W wielu przypadkach inni kierowcy postąpią podobnie. Później pozostanie już tylko czekanie na łaskawość ubezpieczyciela i zarządcy drogi. Nic jednak nie wskazuje na to, że zarządy dróg zmienią procedury, bowiem - jak twierdzą - boją się oszustów chcących wyłudzić odszkodowania. W związku z tym nam kierowcom pozostają dwa wyjścia: albo dać sobie spokój z odszkodowaniami, albo też wozić ze soba w autach aparaty fotograficzne oraz świadków
W trosce o niepełnosprawnych
Niepełnosprawni i tak już pokrzywdzeni przez los, muszą niemal na każdym kroku doświadczać nie tylko wielu upokorzeń ze strony tak zwanego zdrowego społeczeństwa, ale również ze strony państwa, które szczególnie powinno zaopiekować się niepełnosprawnymi. No i się zaopiekowało... O pracy, a właściwie jej znalezieniu, niepełnosprawni najczęściej mogą tylko pomarzyć. Szczytne wyjątki pracy chronionej - najczęściej pozostają na papierze - tylko potwierdzają tę regułę. Ale nie o tym chciałbym mówić. Problem dotyczy Środowiskowych Domów Samopomocy, które zostały utworzone z myślą opieki nad osobami niesprawnymi umysłowo. W placówkach tych znalazły opiekę i co najważniejsze rehabilitację, przede wszystkim osoby z tak zwanych rodzin patologicznych oraz rodzin bardzo źle sytuowanych. W placówkach tych osoby te znalazły swój drugi dom i najczęściej są w nich szczęśliwe. Bardzo ważny dla rodzin osób uczęszczających to ŚDS był system naliczania odpłatności za korzystanie z tych placówek. Był na tyle przyjazny, że rodziny finansowo mogły podołać tym obowiązkom. Niestety ostatnio zaczęto majstrować przy tych przepisach i postanowiono je zmienić. Przyjazne niepełnosprawnym państwo postanowiło poszukać gotówki w kieszeniach rodzin najbardziej ubogich. Dlatego od kwietnia obowiązuje znowelizowana już ustawa o pomocy społecznej, w której między innymi zostały wprowadzone zapisy, że bez względu na to czy uczestnik takiej placówki przebywa w niej czy nie i tak musi za swój "niepobyt" zapłacić. Jest także szereg innych niekorzystnych dla osób niepełnosprawnych oraz ich rodzin zapisów, nic więc dziwnego, że nie obyło się bez protestów. Problem tylko w tym, że rząd jest już uodporniony na wszelkiego rodzaju protesty, a już tym bardziej nie obawia się protestów niepełnosprawnych oraz organizacji zajmujących się opieką nad tymi ludźmi.
Jak inteligentnie wyciągnąć kasę
Polacy coraz częściej płacą często nawet nie wiedząc za co. A płacimy niemal za wszystko: opłaty stałe, sezonowe, kwartalne, klimatyczne, opłaty za odczyty liczników i podzielników etc. Wyciąganie kasy z kieszeni naszych współobywateli to niemal nasza narodowa przypadłość. Mają zniknąć opłaty za odczyty liczników energii elektrycznej - jak podaje Rzeczpospolita. Mają też być ułatwienia w zmianach dostawcy prądu. Jeżeli jednak będzie się to odbywać na podobnych zasadach jak zmiana banku,konta czy karty kredytowej, to my nie chcemy takich zmian. Jedną z koniecznych czynności przy zmianie operatora dostarczającego prąd jest dokładny odczyt licznika. Umożliwia to ostateczne rozliczenie z poprzednim dostawcą. Obecnie kosztuje to od 70 do 130 złotych. Jest to więc znacząca kwota dla wielu, nawet nie tak bardzo ubogich rodzin. Apele Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki do dostawców energii elektrycznej, o zaprzestanie takich praktyk niewiele dadzą, jeżeli nie będzie odpowiednich przepisów. Ponoć w przygotowywanych wzorcach umów nie będzie już zapisów o pobieraniu opłat za odczyty. Ale są to dopiero wzorce, tak więc zdążą nam jeszcze złupić skórę. W przyszłości problem ma ten zniknąć niejako w sposób naturalny, bowiem przewidywany jest montaż tak zwanych inteligentnych liczników, które pozwalają na zdalne przekazywanie danych o zużyciu prądu. Problem jest tylko w tym, kto za tę wymianę liczników zapłaci. Nie miejmy złudzeń, zapłaci za to odbiorca prądu, czyli konsument. Podobny przypadek był przy montażu, a później wymianie w spółdzielniach mieszkaniowych podzielników kosztów ogrzewania. Wówczas również rozgorzała dyskusja kto za to zapłacił - zapłacili za to lokatorzy. Podobnie będzie z inteligentnymi licznikami tylko, że o wiele drożej. Jest to więc kolejne działanie jak inteligentnie wyciągnąć od konsumenta kasę.
Kredytowa odwilż…
Wydaje się, że wraz z odwilżą wiosenną zaczyna rozmrażać się grunt na rynku kredytowym. Czyżby następowała wiosenna odwilż kredytowa? Tak przynajmniej twierdzą w bankach, bowiem klienci są znacznie ostrożniejsi w swych ocenach. Jeszcze do niedawna, aby w ogóle móc starać się o kredyt hipoteczny trzeba było się liczyć z tym, że banki zażądają 30-40 procentowego wkładu własnego. Niewiele osób stać było na spełnienie takiego warunku. Teraz niektóre banki kredytują nawet 100 procent wartości nieruchomości, a trzy spośród nich: Alianz Bank, MultiBank oraz mBank 110 procent wartości nieruchomości. Jest tylko jeden szkopuł, banki które kredytują 100% i 110% wartości nieruchomości żądają od klientów bardzo wysokich zarobków. Wprawdzie bronią się przed takim zarzutem twierdząc, że sprawy takie traktują indywidualnie, ale fakty mówią same za siebie. Poza tym banki kredytujące 10 procent powyżej 100 procent wartości nieruchomości nie są takimi altruistami na jakich starają się wyglądać. Pieniądze te przeznaczone są na z góry określony przez cel. Nie można je na przykład wydać na zakup wyposażenia mieszkania, a tylko na opłaty bankowe, lub ubezpieczenie kredytu. W związku z tym banki niczym nie ryzykują, ponieważ pieniądze szybko do nich wracają. Kredytobiorcom pozostaje jedynie spłata rat. Poza tym odwilż kredytowa dotyczy tylko kredytów mieszkaniowych i hipotecznych - w kredytach konsumpcyjnych nadal panuje mróz. Zresztą banki już wcześniej zapowiadały zaostrzenie warunków w kredytach konsumpcyjnych. Kredyty bez zaświadczeń, bez BIK czy kredyty na dowód to tylko czysty marketing. W rzeczywistości bank zanim kredyt taki przyzna dokładnie prześwietli każdego klienta, a już z pewnością każe mu uzupełnić brakujące dokumenty.
Banki vs. mali przedsiębiorcy
Małe i średnie przedsiębiorstwa nie mają w Polsce łatwo. Mówi się o wsparciu Unii Europejskiej, które choć wymaga góry papierów to przynajmniej istnieje, ale gdzie zgubiło się wsparcie polskiego rządu i banków? Mało tego, Polak z natury musi kombinować, majstrować przy przepisach, gdzie się tylko da omijać je, bowiem inaczej już chyba nie potrafi. Tak właśnie jest z niektórymi bankami, które podpisały z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym umowę, zgodnie z którą zobowiązały się do pomocy małym i średnim firmom w postaci tak zwanych wyjątkowych kredytów. Dlaczego wyjątkowych? Ponieważ miały być tańsze i na bardziej preferencyjnych warunkach. Taka była idea porozumienia i tak powinna wyglądać realizacja tej umowy. Powinna, ale nie jest. Banki, które podpisały taka umowę, a są nimi: BOŚ, PKO BP, Bre Bank, BNP Paribas Fortis Bank i Kredyt Bank, ani myślą wywiązywać się z niej. O finansach tych banki specjalnie nie chcą się wypowiadać, ale naciskane przebąkują, że chodzi o upusty w marżach, o tańszych o 0,5% kredytach /PKO BP/ i 0,3% /BOŚ/. Pozostałe banki nie chcą nic na ten temat mówić. Tymczasem: "tańsze kredyty inwestycyjne Europejskiego Banku Inwestycyjnego pozwolą miesięcznie zaoszczędzić małym i średnim firmom kwoty, które pozwoliłyby im na zatrudnienie przynajmniej jednego pracownika. Banki starają się jak mogą, by ukryć taką informacje przed firmami" - cytujemy za onet.pl Biznes i jak na razie im się to udaje. Sytuacja staje się niekomfortowa dla wielu stron, ale to banki starają się obejść prawo, a nie przedsiębiorcy, a już tym bardziej Europejski Bank Inwestycyjny. A może Komisja Nadzoru Finansowego wyjaśniłaby tę sprawę?
Śmierć za granicą
Każda śmierć jest tragedią, szczególnie jeżeli zdarza się nagle, niespodziewanie, a rodzinie przychodzi jeszcze za nią słono zapłacić. W tym przypadku chodzi o śmierć na wczasach za granicą. Ileż to razy pisaliśmy o konieczności ubezpieczenia się przy wyjazdach zagranicznych. Jeżeli jest to wyjazd grupowy powinien zadbać o to organizator, jeżeli indywidualny, sami powinniśmy dopilnować wykupienia ubezpieczenia dla siebie oraz wszystkich członków takiego wyjazdu. Przypadek śmierci w Egipcie wczasowicza z Białegostoku, wstrząsnął mieszkańcami tego miasta. Zostawił żonę, osierocił także dwójkę dzieci. Ale na tym nie kończy się tragedia tej rodziny, bowiem zrozpaczona wdowa została obciążona rachunkiem w wysokości 90 tysięcy PLN za tygodniowe leczenie szpitalne oraz 15 tysiącami PLN za transport zwłok do kraju. Załamana rodzina jest już więc nie tylko śmiercią męża i ojca, ale również wysokimi rachunkami. Skąd bowiem ma wziąć 105 tysięcy złotych na pokrycie kosztów hospitalizacji oraz transportu?
W związku z tym rodzi się pytanie: jak to możliwe, aby ubezpieczyciel odmówił wypłaty odszkodowania, a tak właśnie się stało w tym przypadku. Otóż odmówił, bowiem jego zdaniem śmierć turysty z Białegostoku nastąpiła ze względu na chorobę przewlekłą. Trzeba bowiem wspomnieć, że kilka lat wstecz turysta ten miał wszczepioną zastawkę serca. Tylko co ma wspólnego wspomniane wszczepienie zastawki ze śmiercią na skutek wylewu? Jest to oczywiście pytanie do specjalistów z zakresu medycyny, ale na zdrowy ludzki rozum ubezpieczyciel chce się w perfidny sposób wykręcić od wypłaty odszkodowania, a biedną wdowę pogrążyć w długach. Zresztą pytania można mnożyć, ponieważ ktoś nie dopilnował swoich obowiązków. Może jednak trzeba było w takich sytuacjach dokupić dodatkowe ubezpieczenie? Jak bumerang wracają ostrzeżenia przed pazernością firm ubezpieczeniowych, ale nie tylko.
Pamiętajmy o czytaniu umów, o zapoznawaniu się z ogólnymi warunkami ubezpieczeń, ostrzegamy przed podpisywaniem polis w ciemno i pamiętajmy o dokładnej analizie zapisów umów. Odnosi się to tak samo do organizatorów grupowych wyjazdów zagranicznych jak i turystów indywidualnych. Może wówczas ustrzeżemy się podobnych problemów, a przynajmniej ograniczymy hasanie ubezpieczycieli po nieznanym, nie przejrzystym i nieprzyjaznym dla przeciętnego klienta gruncie rynku ubezpieczeń.
Spór o martwe dziecko
Coraz więcej skarg napływa do rzecznika praw ubezpieczonych oraz do Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu na firmy ubezpieczeniowe, które nie chcą wypłacać odszkodowań rodzicom, którzy stracili dziecko w wyniku poronienia. Ostatnio pisał na ten temat dość obszernie Nasz Dziennik i sprawa ta odbiła się szerokim echem wśród rodziców, którzy w podobny sposób stracili swoje dzieci. Ubezpieczalnie stoją murem za decyzją o niewypłacaniu odszkodowań w przypadku, jeżeli poronienie nastąpiło przed upływem 22 tygodnia ciąży. PZU Życie SA, na który skargę złożyli rodzice, powołuje się na rozporządzenie ministra zdrowia, które ponoć precyzuję tę sprawę. Innego zdania są prawnicy twierdząc, że takie postawienie sprawy jest dużym nadużyciem ze strony ubezpieczalni. Jak informuje Nasz Dziennik sprawą zajął się już rzecznik praw ubezpieczonych. Podobnego zdania, jak PZU Życie jest także inny ubezpieczyciel Grupa Ubezpieczeniowo-Finansowa Warta - inni ubezpieczyciele również biorą stronę pozwanego. Cała sprawa rozbija się o zapis w umowie, w którym jest napisane, że ubezpieczony na życzenie PZU Życie SA ma dostarczyć "inne dokumenty niezbędne do stwierdzenia roszczenia". W tym kartę ciążową, z której wynika, w którym tygodniu ciąży nastąpił poród. Nie w tym zapisie jest jednak pies pogrzebany, lecz w braku jasno sprecyzowanej klauzuli w umowie, która stwierdzałaby, że jeżeli dziecko urodzi się przed 22 tygodniem życia odszkodowanie się nie należy.
W podobny sposób działają niemal wszyscy ubezpieczyciele i dotyczy to niemal wszystkich rodzajów ubezpieczeń. Obchodzenie przepisów, naginanie ich do swoich partykularnych interesów, a często wręcz ich łamanie staje się powoli specjalnością firm ubezpieczeniowych. Przypomnijmy chociażby sytuację z polisami na życie oraz tanimi ubezpieczeniami ac. Najwyższy czas ukrócić podobne praktyki.
Pożyczaj w koncie
Życie na kredycie.
Z ostatnich wyliczeń naszych finansistów wynika, że wbrew pozorom i przepowiedniom linie kredytowe w koncie mają się zupełnie dobrze. Kredyty to droga i wątpliwa przyjemność, która jednak w wielu sytuacjach staje się koniecznością. Niestety banki ostatnio grają nie fair ze swoimi klientami znacznie zawyżając koszty kredytów. Owszem stosują się do obowiązujących przepisów i nie przekraczają wyznaczonych granic oprocentowania, ale podnoszą prowizje, opłaty przygotowawcze, nakazują wykupienie ubezpieczeń kredytu. Tym samym koszt takiego kredytu rośnie dwu, lub nawet trzykrotnie. Nic więc dziwnego, że uwaga klientów banków nadal jest skierowana na tańsze, bardziej atrakcyjne kredyty w koncie. Może to być na przykład kredyt odnawialny, przed którym tak przestrzegają nas tak zwani znawcy tego rynku. Tymczasem kredyt w koncie okazuje się tańszy od zwykłych kredytów gotówkowych czy ratalnych nawet o 50 %. Co to w praktyce oznacza? Otóż każdy właściciel konta, który decyduje się na przeniesienie do innego banku powinien dokładnie sprawdzić, jakie warunki kredytowania w kontach proponuje nowy bank i czy w razie podjęcia decyzji o przenosinach opłaci nam się skórka za wyprawkę. Analitycy finansowi dostrzegli także, co jest bardzo istotne dla klientów banków, że najtaniej na kredyt żyje się w takich bankach jak: Volkswagen Banku Direct, Nordea Banku, Raiffeisen Banku oraz Banku Pocztowym.
W cieniu martwych ustaw
O tym, że nasi parlamentarzyści są mistrzami w produkowaniu martwych ustaw wiemy nie od dziś. Jedną z nich zapewne będzie ustawa, której ofiarami mają być urzędnicy wydający błędne decyzje. Nad projektem tej ustawy pracuje już podkomisja sejmowa. Na razie to tylko projekt, ale być może do wejścia jej w życie nie taka daleka droga. Tylko, że na początku tej drogi pomysłodawcy ustawy powinni się zastanowić, czy będzie ona skuteczna oraz czy czasami jeszcze bardziej nie skomplikuje i tak już pogmatwanych przepisów administracyjnych.
" Przesłanką odpowiedzialności będzie wypłata odszkodowania przez instytucję państwową lub samorządową wskutek wydania przez urzędnika bezprawnej decyzji. W takiej sytuacji prokuratura skieruje sprawę do sądu, który zadecyduje o wysokości kary" - napisał "Puls Biznesu". Wiadomo już, że za wydanie błędnej decyzji urzędnik może zapłacić nawet 12-krotność swojej pensji. Okazuje się, że projekt jest już gotowy i czeka tylko na głosowanie w Sejmie. Tak przynajmniej twierdzi przewodniczący podkomisji przygotowującej ten projekt. Przeciwnicy tej ustawy twierdzą, że ustawa nie zadziała, bowiem zastraszeni wysoką karą urzędnicy przestaną wydawać jakiekolwiek decyzję, lub będą odwlekać je w czasie.
- Mogę zapewnić, że tak właśnie się stanie - twierdzi pracownik jednego z starostw powiatowych - będzie to kolejna martwa ustawa, która nie pomoże w rozwikłaniu tego problemu. Tak restrykcyjne podejście sprawi, że pracownicy urzędów różnych szczebli będą bali się wydać jakąkolwiek decyzję. I prawdę mówiąc nie dziwię się ich oburzeniu. Zbyt wiele zastraszania mniej merytorycznego uzasadnienia. Samymi karani nie osiągniemy niczego w żadnej sprawie.
Ale są też zwolennicy tej ustawy, którzy twierdzą, że w ostatnim czasie zbyt wiele było pomyłek oraz krzywdzących decyzji, które później mocno komplikowały życie występującym o wydanie takiej czy innej decyzji. Do tej pory nie było winnych, nikt nie ponosił odpowiedzialności, a skutki błędnych decyzji ponosił jak zwykle, szary zwykły obywatel.


