17lis/102

Bankowy raj…

Kiedy przeczytałem w Pasażu Finansowym Interii, że zdaniem "Gazety Bankowej" banki zgotowały swoim klientom raj na ziemi po prostu mnie cos trafilo. Ale po kolei. Artykuł brzmiał, że w historii polskiej bankowości jeszcze nigdy klienci detaliczni nie byli tak rozpieszczani, jak obecnie. Banki płacą im za założenie konta, załatwiają zniżki przy zakupie niektórych towarów. I dopłacają za każdym razem, jeśli klient skorzysta z ich bankomatu. Tradycyjne konta są bardzo tanie, bądź nawet darmowe - koniec cytatu.

Wszyscy doskonale wiemy, że banki nie były, nie są i nigdy nie będą miały żadnych odruchów altruistycznych. Wprost przeciwnie! Nadal tak sterują swoją działalnością, aby jak najwięcej wyciągnąć z tego biznesu. I nie musi nas nikt przekonywać o edenie bankowym, ponieważ taka gloryfikacja banków nie jest potrzebna ani klientom, ani bankom.

Ale skoro "GB" wywołała już ten temat, to przypomnę tylko kilka faktów. Po pierwsze w bankach nigdy nie było tanich oraz darmowych produktów i usług. Kredyty bankowe nie tylko są drogie, ale także banki manipulują przy nich. A konkretnie przy ustawie antylichwiarskiej, którą banki nauczyły się w mistrzowski sposób omijać - między innymi poprzez podniesienie opłat bankowych, prowizji, marży oraz nakazu ubezpieczania kredytu obojętnie w jakiej formie to się odbywa. Tym samym rzeczywisty koszt kredytu rośnie do 50 i nawet więcej procent.

No i tak reklamowane darmowe konta. Nie było, nie ma i z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że nigdy nie będzie, żadnych kont darmowych. Jeżeli nawet banki nie pobierają w tej chwili opłat za otwarcie /jakie dopłaty?/ i prowadzenie konta, to każą sobie nieźle płacić za przelewy, zlecenia stałe i usługi dodatkowe, które też coraz częściej są klientom proponowane. Za - jak to "GB" napisała - operacje bankowe na koncie z wykorzystaniem internetu, banki płacą klientom złotówkę. Przede wszystkim nie wszystkie banki.

Tak naprawdę usługi i produkty bankowe ciągle drożeją, a to, że bank jedną ręką dopłaca do naszych kont i na dodatek skrupulatnie to wylicza, to drugą ręką zabiera dwa razy tyle. Ot i cała filozofia bankowego raju. I jeszcze jedno. Reklama darmowych kont może wyjść bankom bokiem, tak jak już wyszła przy reklamie darmowych kart kredytowych oraz reklamie lokat przez PKO BP oraz Lukas Bank. A więc niech banki oraz ich ramię prasowe "GB" przestaną już nas epatować określeniami typu: "darmowe konto", "darmowe karty kredytowe", "tanie kredyty" i "bankowy raj". Mamy już tego dosyć.

19kwi/101

Kredytowa odwilż…

Wydaje się, że wraz z odwilżą wiosenną zaczyna rozmrażać się grunt na rynku kredytowym. Czyżby następowała wiosenna odwilż kredytowa? Tak przynajmniej twierdzą w bankach, bowiem klienci są znacznie ostrożniejsi w swych ocenach. Jeszcze do niedawna, aby w ogóle móc starać się o kredyt hipoteczny trzeba było się liczyć z tym, że banki zażądają 30-40 procentowego wkładu własnego. Niewiele osób stać było na spełnienie takiego warunku. Teraz niektóre banki kredytują nawet 100 procent wartości nieruchomości, a trzy spośród nich: Alianz Bank, MultiBank oraz mBank 110 procent wartości nieruchomości. Jest tylko jeden szkopuł, banki które kredytują 100% i 110% wartości nieruchomości żądają od klientów bardzo wysokich zarobków. Wprawdzie bronią się przed takim zarzutem twierdząc, że sprawy takie traktują indywidualnie, ale fakty mówią same za siebie. Poza tym banki kredytujące 10 procent powyżej 100 procent wartości nieruchomości nie są takimi altruistami na jakich starają się wyglądać. Pieniądze te przeznaczone są na z góry określony przez cel. Nie można je na przykład wydać na zakup wyposażenia mieszkania, a tylko na opłaty bankowe, lub ubezpieczenie kredytu. W związku z tym banki niczym nie ryzykują, ponieważ pieniądze szybko do nich wracają. Kredytobiorcom pozostaje jedynie spłata rat. Poza tym odwilż kredytowa dotyczy tylko kredytów mieszkaniowych i hipotecznych - w kredytach konsumpcyjnych nadal panuje mróz. Zresztą banki już wcześniej zapowiadały zaostrzenie warunków w kredytach konsumpcyjnych. Kredyty bez zaświadczeń, bez BIK czy kredyty na dowód to tylko czysty marketing. W rzeczywistości bank zanim kredyt taki przyzna dokładnie prześwietli każdego klienta, a już z pewnością każe mu uzupełnić brakujące dokumenty.

16kwi/100

Banki vs. mali przedsiębiorcy

Małe i średnie przedsiębiorstwa nie mają w Polsce łatwo. Mówi się o wsparciu Unii Europejskiej, które choć wymaga góry papierów to przynajmniej istnieje, ale gdzie zgubiło się wsparcie polskiego rządu i banków? Mało tego, Polak z natury musi kombinować, majstrować przy przepisach, gdzie się tylko da omijać je, bowiem inaczej już chyba nie potrafi. Tak właśnie jest z niektórymi bankami, które podpisały z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym umowę, zgodnie z którą zobowiązały się do pomocy małym i średnim firmom w postaci tak zwanych wyjątkowych kredytów. Dlaczego wyjątkowych? Ponieważ miały być tańsze i na bardziej preferencyjnych warunkach. Taka była idea porozumienia i tak powinna wyglądać realizacja tej umowy. Powinna, ale nie jest. Banki, które podpisały taka umowę, a są nimi: BOŚ, PKO BP, Bre Bank, BNP Paribas Fortis Bank i Kredyt Bank, ani myślą wywiązywać się z niej. O finansach tych banki specjalnie nie chcą się wypowiadać, ale naciskane przebąkują, że chodzi o upusty w marżach, o tańszych o 0,5% kredytach /PKO BP/ i 0,3% /BOŚ/. Pozostałe banki nie chcą nic na ten temat mówić. Tymczasem: "tańsze kredyty inwestycyjne Europejskiego Banku Inwestycyjnego pozwolą miesięcznie zaoszczędzić małym i średnim firmom kwoty, które pozwoliłyby im na zatrudnienie przynajmniej jednego pracownika. Banki starają się jak mogą, by ukryć taką informacje przed firmami" - cytujemy za onet.pl Biznes i jak na razie im się to udaje. Sytuacja staje się niekomfortowa dla wielu stron, ale to banki starają się obejść prawo, a nie przedsiębiorcy, a już tym bardziej Europejski Bank Inwestycyjny. A może Komisja Nadzoru Finansowego wyjaśniłaby tę sprawę?

6kwi/100

Pożyczaj w koncie

Życie na kredycie.
Z ostatnich wyliczeń naszych finansistów wynika,  że wbrew pozorom i przepowiedniom linie kredytowe w koncie mają się zupełnie dobrze. Kredyty to droga i wątpliwa przyjemność, która jednak w wielu sytuacjach staje się koniecznością. Niestety banki ostatnio grają nie fair ze swoimi klientami znacznie zawyżając koszty kredytów. Owszem stosują się do obowiązujących przepisów i nie przekraczają wyznaczonych granic oprocentowania, ale podnoszą prowizje, opłaty przygotowawcze, nakazują wykupienie ubezpieczeń kredytu. Tym samym  koszt takiego kredytu rośnie dwu, lub nawet trzykrotnie. Nic więc dziwnego, że uwaga klientów banków nadal jest skierowana na tańsze, bardziej atrakcyjne kredyty w koncie. Może to być na przykład kredyt odnawialny, przed którym tak przestrzegają nas tak zwani znawcy tego rynku. Tymczasem kredyt w koncie okazuje się tańszy od zwykłych kredytów gotówkowych czy ratalnych nawet o 50 %. Co to w praktyce oznacza? Otóż każdy właściciel konta, który decyduje się na przeniesienie do innego banku powinien dokładnie sprawdzić, jakie warunki kredytowania w kontach proponuje nowy bank i czy w razie podjęcia decyzji o przenosinach opłaci nam się skórka za wyprawkę. Analitycy finansowi dostrzegli także, co jest bardzo istotne dla klientów banków, że najtaniej na kredyt żyje się w takich bankach jak: Volkswagen Banku Direct, Nordea Banku, Raiffeisen Banku oraz Banku Pocztowym.

25lut/101

Kredyt na kredyt studencki

Rok akademicki rozpoczyna się 1 października, termin składania wniosków o kredyt studencki banki wyznaczyły na 1 X - 15 XI 2009 r. 14 grudnia 2009 roku Resort Nauki i Szkolnictwa Wyższego podjął decyzję w sprawie maksymalnej wysokości miesięcznego dochodu na osobę w rodzinie studenta ubiegającego się o kredyt studencki, w połowie stycznia banki rozesłały do ubiegających się o taki kredyt pisma w sprawie uzupełnienia dokumentów o wyciągi z dochodów poręczycieli. Termin na uzupełnienie dokumentów banki wyznaczyły do 15 lutego 2010 roku, jednocześnie nie poinformowały od kiedy zacznie się wypłata pieniędzy - prawdopodobnie nie wcześniej niż w marcu. Niejeden student zatem, musi wziąć kredyt, by kredytu doczekać!
To prawda, że kredyty studenckie nie są dla banków wielkim biznesem, ale skoro już podjęły ten temat, to powinny poważnie potraktować żaków, tak jak poważnie studentów powinien potraktować Pan Minister wiedząc, że pieniądze z kredytów studenckich są im bardzo potrzebne. Najbardziej potrzebne na początku, a nie w połowie roku akademickiego
- 600 złotych miesięcznie to poważny zastrzyk w żywej gotówce, dlatego pomoc taka jest wprost nie do przecenienia. Ale konia z rzędem temu, kto wie o co tak naprawdę chodzi ministerialnym urzędnikom oraz bankom, skoro na pierwszą transzę tego kredytu muszę czekać aż do marca - denerwuje się jedna ze studentek.
Ma rację, bowiem resort oraz banki sprowadziły ten temat niemal do absurdu. Ministerstwo, a za nim banki, każą studentom czekać na wypłatę pierwszych pieniędzy aż do marca. Na nic zdają się protesty i interwencje w tej sprawie, resort z oślim wręcz uporem trzyma się swoich wcześniejszych ustaleń. Banki nie chcąc być gorsze, w połowie stycznia rozesłały do starających się o kredyty studenckie informacje o uzupełnienie dokumentacji, czyli o potwierdzenia dochodów poręczycieli. Dokumenty mają spłynąć do banków najpóźniej do 15 lutego 2010 roku. Można więc przypuszczać, że rzeczywiście wypłaty rozpoczną się dopiero w marcu, a więc w połowie roku akademickiego. Gdzie w tym sens i logika?