Grecja wyjdzie nam bokiem…
Niestety powtarza się scenariusz z lat ubiegłych. Zbliża się okres wakacji, sezon urlopowy, a wraz nimi zawirowania na rynkach finansowych. Szczególnie niepokoi spadek kursu złotego. Osłabienie polskiej złotówki może mieć poważne skutki dla kredytobiorców, którzy posiadają kredyty w obcych walutach. Szczególnie martwią się posiadacze kredytów w euro, tak ostatnio preferowanych przez banki. Na dzień dzisiejszy za euro trzeba zapłacić prawie 4,08 zł i jest to najwyższy kurs europejskiej waluty od lutego br. Wygląda na to, że rację miała Komisja Nadzoru Finansowego, która z dezaprobatą przyglądała się do polityce kredytowej banków, które jak wiadomo postawiły na kredyty w euro. Sytuacją na finansowych rynkach martwią się też zwykli konsumenci, ponieważ z dnia na dzień rosną ceny paliwa, a to z kolei oznacza, że więcej zapłacimy za towary i usługi, a także za planowane wyjazdy urlopowe w kraju i za granicą. Cieszą się natomiast eksporterzy, ale nie będzie im za wesoło kiedy przyjdzie do rozliczeń z kooperantami krajowymi. Tak czy inaczej Grecja zaczyna odbijać nam się czkawką, a co najgorsze nikt nie potrafi przewidzieć jak długo jeszcze. Analitycy twierdzą, że nasz złoty oberwał rykoszetem. Słabe to jednak pocieszenie, bowiem rykoszet bywa czasami bardziej bolesny niż bezpośrednie uderzenie. Na razie nie widać szczególnej paniki na polskich rynkach finansowych, ale z pewnością na zawirowaniach tych straci polski konsument.
- Ja już straciłem, ponieważ bank namówił mnie na kredyt w euro. Tymczasem od 3 maja kurs euro i franka wzrósł aż o 4,5%, jeżeli dalej w takim tempie złoty będzie tracił na wartości wielu kredytobiorców, którzy wzięli kredyty w obcej walucie będzie mieć poważne kłopoty finansowe. Wprawdzie analitycy finansowi uspokajają, ale kto w dzisiejszych czasach wierzy analitykom. Tym bardziej w tak niespokojnych czasach w jakich przyszło nam żyć - napisał jeden z moich czytelników.
Banki vs. mali przedsiębiorcy
Małe i średnie przedsiębiorstwa nie mają w Polsce łatwo. Mówi się o wsparciu Unii Europejskiej, które choć wymaga góry papierów to przynajmniej istnieje, ale gdzie zgubiło się wsparcie polskiego rządu i banków? Mało tego, Polak z natury musi kombinować, majstrować przy przepisach, gdzie się tylko da omijać je, bowiem inaczej już chyba nie potrafi. Tak właśnie jest z niektórymi bankami, które podpisały z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym umowę, zgodnie z którą zobowiązały się do pomocy małym i średnim firmom w postaci tak zwanych wyjątkowych kredytów. Dlaczego wyjątkowych? Ponieważ miały być tańsze i na bardziej preferencyjnych warunkach. Taka była idea porozumienia i tak powinna wyglądać realizacja tej umowy. Powinna, ale nie jest. Banki, które podpisały taka umowę, a są nimi: BOŚ, PKO BP, Bre Bank, BNP Paribas Fortis Bank i Kredyt Bank, ani myślą wywiązywać się z niej. O finansach tych banki specjalnie nie chcą się wypowiadać, ale naciskane przebąkują, że chodzi o upusty w marżach, o tańszych o 0,5% kredytach /PKO BP/ i 0,3% /BOŚ/. Pozostałe banki nie chcą nic na ten temat mówić. Tymczasem: "tańsze kredyty inwestycyjne Europejskiego Banku Inwestycyjnego pozwolą miesięcznie zaoszczędzić małym i średnim firmom kwoty, które pozwoliłyby im na zatrudnienie przynajmniej jednego pracownika. Banki starają się jak mogą, by ukryć taką informacje przed firmami" - cytujemy za onet.pl Biznes i jak na razie im się to udaje. Sytuacja staje się niekomfortowa dla wielu stron, ale to banki starają się obejść prawo, a nie przedsiębiorcy, a już tym bardziej Europejski Bank Inwestycyjny. A może Komisja Nadzoru Finansowego wyjaśniłaby tę sprawę?
Pieniądz jest bezwonny – ale się ulatnia!
Mimo obietnic banki nie złagodziły w znaczący sposób swojej polityki kredytowej. Szczególnie trudno dostępne stają się zwykłe kredyty konsumpcyjne, jedne z najbardziej poszukiwanych na rynku kredytowym. Tymczasem banki zapowiadają, że jeszcze bardziej zaostrzą kryteria przyznawania takich kredytów. Trudno zrozumieć politykę bankowców, bowiem z jednej strony banki zapowiadają złagodzenie kryteriów dla kredytów krótkoterminowych, z drugiej strony zapowiadają zaostrzenie warunków dla kredytów konsumpcyjnych, które z natury rzeczy są kredytami krótkoterminowymi.
To po pierwsze. Po drugie kredyty gotówkowe, które miały być tanie, szybkie i przyjazne dla kredytobiorcy, de facto są kredytami bardzo drogimi, procedury ich przyznawania stale sił wydłużają, a ich rzeczywiste koszty sprawiają, że do przyjaznych dla klienta z pewnością się nie zaliczają. Nic więc dziwnego, że klienci coraz częściej sięgają po kredyty ratalne, tak popularne w sklepach. Są to kredyty z pewnością lepsze i bardziej przyjazne dla klienta - jeżeli o przyjaznych kredytach w ogóle można mówić - niż zwykłe bankowe kredyty konsumpcyjne. Ale tylko pod warunkiem, że są to oferty promocyjne oraz nie jest wymagane ubezpieczenie takiego kredytu. W okresie promocji takie kredyty najczęściej nie są oprocentowane /0%/, nie wymagane jest też wspomniane ubezpieczenie kredytu, ale nie możemy też dać sobie wcisnąć karty kredytowej. Natomiast kredyty ratalne udzielane poza promocjami sklepowymi, mogą być oprocentowane nawet na kilkanaście procent. Tymczasem jak mówi Stanisław Jerzy Lec "Pieniądz jest bezwonny, ale się ulatnia"…


